– Przydałyby nam się tutaj piły i siekiery – stwierdził Antonio. – A może raczej maczety.

– Najlepszy byłby jednak chyba buldożer – uznała Unni.

Morten się nie odzywał. Tęsknił za swoim łóżkiem, które zostało w domu, w Norwegii. I marzył o ślicznych pielęgniarkach, które by się nim zajmowały. Mogłyby mieć miękkie ręce i łagodne uśmiechy, przypominać jasnowłose, niebieskookie anioły. Morten nie na żarty się bał, że jak tak dalej pójdzie, czeka go w tym ponurym miejscu śmierć albo kalectwo.

– Od czego zaczniemy? – spytał Jordi, a Morten w odpowiedzi pomyślał: „Przestańcie udawać takich twardzieli, nie widzicie, jak bardzo cierpię?”

Ale Jordi pozostał głuchy na jego dzielnie w milczeniu znoszone udręki.

– Miguelu, jesteś pewien, że droga wiodła właśnie tędy?

– Tak, ten krótki odcinek dawnej bitej drogi, który udało mi się zobaczyć, prowadził dokładnie tutaj.

– Płynie tędy jakaś rzeczka – zauważyła Sissi. Również ona pozostawała nieczuła na męki Mortena.

Chłopak zrozumiał teraz, że najwidoczniej postawił na niewłaściwego konia. Jak taka mistrzyni sportu, zdrowia i siły mogła wykazać bodaj odrobinę zrozumienia dla jego niezwykle wrażliwej duszy i cierpiącego ciała?

– Czy nie możemy iść wzdłuż niej? – zastanawiała się dziewczyna.

– Rzeka to chyba za duże słowo – stwierdził Antonio. – Powiedziałbym raczej, że to strumień. Ale pomysł jest niezły, Sissi. Pytanie tylko, na ile zimna jest ta woda i czy będziemy mogli po niej brodzić.

– Górski strumień jesienią – wzdrygnęła się Unni. – Ale to rzeczywiście wygląda na jedyne wyjście.

Morten nie mógł znieść już więcej.

– Wszystko mnie boli! – poskarżył się głośno.

– Wiemy o tym – powiedziała Unni. – I bardzo ci współczujemy.

Ani trochę w to nie wierzę, pomyślał chłopak. Nikt nie potrafi sobie nawet wyobrazić, jak bardzo cierpię.

Unni również odczuwała zmęczenie, lecz zdecydowanie temu zaprzeczyła, gdy Jordi zaczął się dopytywać o jej stan.



7 из 155