
Nikt z nich, może z wyjątkiem Riki Dawnstar, nie miał wielkiego doświadczenia w tajnych operacjach, wszyscy bowiem jak na komendę odwrócili się do drzwi i wytrzeszczyli oczy na człowieka, który właśnie wszedł do lokalu. Był bardzo wysoki — prawie dwa i pół metra — i dźwigał przed sobą ogromne, szeroko rozlane brzuszysko. Trzymał się bardzo prosto, miał duże dłonie, pozbawioną wyrazu pociągłą twarz, cerę białą jak kreda i skórę zupełnie pozbawioną włosów. Ubrany był w jaskrawoniebieskie spodnie i kasztanowatą koszulę o bufiastych rękawach z wytartymi, lekko postrzępionymi mankietami.
Chyba poczuł na sobie ich wzrok, odwrócił bowiem ku nim doskonale obojętną twarz i zrewanżował się pustym spojrzeniem. Pierwsza opuściła oczy Celise Waan, potem uczynił to Jefri Lion, a na końcu Anittas.
— Kto to jest? — zapytał cyborg.
— Wackerfuss mówi na niego Tuffy — powiedział Nevis. — Naprawdę nazywa się Haviland Tuf.
Haviland Tuf z delikatnością zupełnie nie pasującą do jego rozmiarów usunął z pola gry ostatni zielony pion, wyprostował się i z satysfakcją przyjrzał się planszy. Było na niej czerwono: czerwone krążowniki, czerwone niszczyciele, czerwone warownie i czerwone forty planetarne.
— Wygląda na to, że będę zmuszony ogłosić swoje zwycięstwo.
— Znowu! — westchnęła Rica Dawnstar, po czym przeciągnęła się, by rozprostować zdrętwiałe mięśnie. Skulona w fotelu, spędziła przy planszy kilka godzin. Poruszała się płynnie jak lwica i ani na chwilę nie rozstawała się z igłaczem. Teraz miała go w kaburze pod pachą.
— A gdybym zdobył się na śmiałość i zaproponował jeszcze jedną partię? — zapytał Tuf.
— Wielkie dzięki — odparła Dawnstar i roześmiała się głośno. — Jesteś w tym zbyt dobry. Co prawda mam we krwi zamiłowanie do hazardu, ale z tobą to żaden hazard, bo z góry można przewidzieć wynik. Znudziło mi się przegrywanie.
