
— Wspaniale! — wykrzyknęła Celise Waan. — Wobec tego urządzimy sobie z nich jednoosobowe kajuty. Myślę, że nie będzie problemu z przeniesieniem posłań?
— Najmniejszego — potwierdził Haviland Tuf.
— W takim razie na co czekasz? — parsknęła antropolog.
— Jak sobie pani życzy — odparł Tuf. — Czy zechce pani również wypożyczyć skafander próżniowy?
— A po co, do jasnej cholery?
— W lukach nie ma systemu podtrzymywania życia — poinformowała ją Rica Dawnstar, zanim Tuf zdążył otworzyć usta. — Nie ma też powietrza. Ani ogrzewania. Ani ciśnienia. Ani nawet grawitacji.
— Powinno być ci tam całkiem wygodnie — wtrącił się Kaj Nevis.
— Zaiste — podsumował Haviland Tuf.
Na statku kosmicznym pojęcia „dzień” i „noc” nie mają żadnego znaczenia, niemniej jednak cykl funkcjonowania ludzkich organizmów narzuca pewien rytm, do którego musi dostosować się technologia. Z tego właśnie powodu co kilkanaście godzin na pokładzie „Rogu Obfitości” — tak jak na wszystkich statkach kosmicznych, z wyjątkiem okrętów bojowych i gigantycznych transportowców, gdzie obowiązuje system trzywachtowy — zapadały ciemność i cisza. Nadchodziła pora snu.
Rica Dawnstar podniosła się z koi i odruchowo sprawdziła igłacz. Celise Waan chrapała głośno, Jefri Lion poruszał się niespokojnie, tocząc we śnie zażarte bitwy, Kaj Nevis śnił o bogactwie i władzy. Cybertech również spał, choć był to zupełnie inny, znacznie głębszy sen. Aby uciec przed nudą długiej podróży, Anittas ułożył się na koi, podłączył do głównego komputera statku i przeszedł w stan spoczynku. Jego cybernetyczna połowa nadzorowała funkcjonowanie organicznej. Oddychał niezmiernie powoli i regularnie, znacznie obniżył temperaturę ciała i prawie nie zużywał energii, ale jego pozbawione powiek, srebrzyste sensory pełniące funkcję oczu od czasu do czasu poruszały się nieznacznie, jakby śledziły rozgrywające się przed nimi, niewidoczne dla innych, sceny.
