
Latawce umierają. Umierają też nocni łowcy o silnych, poskręcanych kończynach i zdeformowanych rękach z dwoma kciukami, o oczach płonących w wysoko sklepionych czaszkach niczym węgle w dogasającym ognisku. Łowcy dysponują przerażającą siłą, a ich oczy doskonale widzą w ciemności, również wtedy, kiedy ciężkie burzowe chmury zasnują niebo, przesłaniając nawet gwiazdę śmierci. Ukryci w jaskiniach, łowcy opowiadają sobie szeptem o wielkich Mózgach, którym niegdyś służyli, a które kiedyś powrócą i dadzą im sygnał do rozpoczęcia kolejnej wojny. Mózgi jednak nie wracają, łowców natomiast robi się coraz mniej — podobnie dzieje się z latawcami oraz innymi gatunkami zwierząt i roślin. Umierają wszyscy, a my razem z nimi.
Janeel zapowiadała, że ta planeta da nam niezmierzone bogactwo, a tymczasem dała nam tylko śmierć. W starych atlasach nosi nazwę H’ro Brana, ale ja nie będę jej tak nazywał. Janeel znała wiele innych nazw, ja jednak zapamiętałem tylko jedną: Hruun. Tak również zwą się nocni łowcy. Kiedyś, jeśli wierzyć Janeel, byli niewolnikami, największymi nieprzyjaciółmi Hrangan, którzy wymarli przed wiekami, pozostawiając swoich wrogów — i zarazem poddanych — ich własnemu losowi. Kiedyś (tego także dowiedziałem się od Janeel) miała tu być kwitnąca kolonia, założona przez garstkę zapaleńców, którzy pragnęli wzbogacić się na handlu. Wiedziała tak wiele, a ja tak niedużo, teraz jednak, kiedy ją pochowałem i splunąłem na jej grób, wiele rzeczy stało się dla mnie jasnych. Jeśli naprawdę byli niewolnikami, to chyba bardzo leniwymi i krnąbrnymi, skoro panowie ukarali runnów, wtrącając ich do piekła rozjaśnionego bezlitosnym blaskiem gwiazdy śmierci.
Ostatni statek z zaopatrzeniem dotarł do nas pół roku temu. Mogliśmy nim odlecieć. Zaraza już szalała. Latawce bezradnie pełzały po zboczach, spadały z urwisk. Coraz częściej znajdowałem je u podnóża skalnych ścian, z poszarpanymi skrzydłami i głębokimi ranami, z których sączyła się bezbarwna ciecz.
