
Przypomina małe miasteczko na wybrzeżu Morza Śródziemnego, pomyślała Pancho. Widoczna w oddali wioska była położona na łagodnym trawiastym wzgórzu, z widokiem na lśniące, błękitne jezioro. Jak wybrzeże Amalfi we Włoszech. Jak obrazek z katalogu biura podróży. Tak właśnie miała wyglądać doskonała śródziemnomorska wieś. Dalej Pancho dostrzegła ziemię uprawną, małe, kwadratowe pola jaskrawej zieleni, a na kolejnych zielonych wzgórzach dalsze wioski z białego kamienia. Nie było horyzontu. Teren zakrzywiał się lekko, wzgórza, trawa i drzewa, małe wioski z wijącymi się ścieżkami i połyskujące strumienie były coraz wyżej, aż trzeba było zadrzeć głowę do góry, żeby je zobaczyć, nad głową, gdzie także rozpościerał się piękny, starannie zaprojektowany krajobraz.
— To jest o wiele ładniejsze niż habitaty Lagrange’a — zwróciła się do siostry Pancho. — To jest piękne.
— Musi być — oznajmił rzeczowo Wanamaker. — Ludzie tu mieszkają na stałe.
Pancho potrząsnęła głową w zachwycie i wydała z siebie tylko jęk. — Och. Holly uśmiechnęła się do nich radośnie.
— A ja odpowiadam za cały dział zasobów ludzkich.
— Serio? — zdziwiła się Pancho.
