
— Nic się nie stało — zwrócił się Eberly do ochroniarzy, wstając powoli. — Nic mi nie jest.
— Szkoda — mruknęła Pancho i przeszła przez otwarty właz, nie oglądając się za siebie.
Holly przyspieszyła kroku i zrównała się z siostrą.
— Pancho, jego wybrano przywódcą całego cholernego habitatu!
— Stał i patrzył, jak pieprzeni dranie z Nowej Moralności o mało cię nie zabili — prychnęła Pancho, maszerując dziarsko krótkim korytarzem z Wanamakerem u boku.
— To już skończone — rzekła Holly. — I oni nie byli z Nowej Moralności, tylko ze Świętych Apostołów.
— Wszystko jedno.
— Ludzie, którzy byli za to odpowiedzialni, zostali odesłani na Ziemię. A jeden został zabity, wykonano na nim wyrok, na litość boską.
Pancho przeszła przez właz po drugiej stronie wyłożonego stalowymi płytami korytarza.
— Dalej, zbierajmy się stąd, zanim ta dziennikarska zgraja przypomni sobie, że ma tu coś do zrobienia i zacznie za mną węszyć. Gdzie my jesteśmy, u licha? Czy ja dobrze idę?
Holly poczuła, że już nie jest wściekła na siostrę; uśmiechnęła się do niej krzywo.
— Tak, dobrze idziemy. Chodź, oprowadzę cię. Wystukała kod na klawiaturze obok włazu.
Pancho obejrzała się przez ramię. Eberly stał, dwóch ochroniarzy obok niego, kilku wizytujących VIP-ów patrzyło z zainteresowaniem w stronę Pancho. Ani Eberly, ani żaden z gości nie opuścił dotąd obszaru recepcyjnego.
Właz otworzył się do wewnątrz i Pancho poczuła uderzenie ciepłego powietrza na twarzy. Nadal się uśmiechając, Holly ukłoniła się lekko i wykonała zapraszający gest:
— Witamy w habitacie Goddard.
Pancho przeszła przez właz, Wanamaker tuż za nią. Choć wiedziała, czego się spodziewać, aż otworzyła usta z zachwytu i westchnęła ze zdumienia.
— O, rany — prychnęła. — To wygląda jak cały świat.
