
Wrócił do gabinetu i zaczął dzwonić do zastępczych kucharzy.
Czułam się dziwnie. Otwarcie baru przebiegało tak jak co dzień, jakby Lafayette miał zaraz wejść i opowiedzieć o jakimś przyjęciu, na którym był, tak jak to miał w zwyczaju. Od strony drogi, która prowadziła do baru, rozległo się wycie syren. Samochody wjeżdżały na parking. Zdążyliśmy zestawić krzesła i ułożyć serwetki oraz sztućce, zanim policja weszła do środka.
Merlotte’s znajdowało się poza granicami miasta, więc dochodzeniem musiał zająć się szeryf Bud Dearborn. Bud, który był dobrym znajomym mojego ojca, miał już siwe włosy. Jego twarz przypominała nieco pyszczek pekińczyka, a brązowe oczy były nieprzeniknione. Gdy tylko wszedł do środka, zauważyłam, że ma ciężkie buty i czapkę – musiał zostać wezwany do pracy ze swojej farmy. Wraz z nim wszedł Alcee Beck, jedyny Afroamerykanin w biurze szeryfa. Alcee miał tak ciemną skórę, że jego biała koszulka strasznie z nią kontrastowała. Jego krawat był zawiązany dokładnie, a garnitur nienaganny. Buty miał wypastowane i błyszczące.
Między Budem a Alcee’m kierowali gminą… a przynajmniej tymi najważniejszymi elementami, które pozwalały jej funkcjonować. Mike Spencer, właściciel domu pogrzebowego i gminny koroner miał twardą rękę do lokalnych afer i był dobrym znajomym Buda. Byłam gotowa założyć się, że Mike był już na parkingu i rozgłaszał śmierć biednego Lafayette’a.
Spencer jednak zapytał:
– Kto znalazł ciało?
– Ja.
Bud i Alcee ruszyli w moim kierunku.
– Sam, czy możemy pożyczyć twoje biuro? – zapytał Bud.
Nie czekając na odpowiedź, zaprosił mnie gestem do środka.
– Jasne, nie ma sprawy – odpowiedział sucho Sam. – Sookie, wszystko okej?
– W porządku, Sam.
Nie byłam pewna czy to prawda ale nie było nic, co Sam mógłby w tej sprawie zrobić i nie wpakować się przy tym w kłopoty. Bud nakazał mi usiąść. Kiwnęłam głową. On i Alcee usiedli na krzesłach. Bud zajął wielkie krzesło Sama, a Alcee wybrał mniejsze, zapasowe.
