
– Czemu nie możesz mi przysyłać jakichś cholernych kwiatków, jak każdy inny facet? Albo czekoladek? Lubię słodycze. Może po prostu kup mi kartę Hallmarka? Albo kotka. Albo szalik!
– Chciałem ci coś dać – zaczął ostrożnie.
– Ale sprawiłeś, że poczułam się jak utrzymanka. I sprawiłeś, że ludzie, którzy tam pracują, odebrali to podobnie.
W lichym świetle deski rozdzielczej wydawało mi się, że Bill próbuje ustalić różnicę.
Byliśmy już za zakrętem w kierunku Mimosa Lake i mogłam widzieć, jak światła samochodu oświetlają ciemny las po stronie jeziora. Ku mojemu zdumieniu samochód wydał dziwny dźwięk i zatrzymał się na dobre. Wzięłam to za znak.
Gdyby Bill wiedział, co zamierzam zrobić, zamknąłby drzwi, ale kiedy wysiadłam z auta i skierowałam się w stronę lasu, wyglądał na zdziwionego.
– Sookie, wracaj tu, natychmiast!
Boże, ale był wściekły. Cóż, zajęło mu to trochę czasu. Rzuciłam mu wymowne spojrzenie i weszłam między drzewa.
Wiedziałam, że gdyby chciał, żebym była w samochodzie – byłabym tam; w końcu jest ze dwadzieścia razy silniejszy i szybszy ode mnie. Po kilku sekundach przebywania w całkowitej ciemności, prawie zaczęłam marzyć, żeby do mnie dołączył. Ale moja duma znów dała o sobie znać i wiedziałam, że zrobiłam dobrze. Bill zdawał się nie ogarniać natury naszej relacji i chciałam, żeby ułożył sobie to wszystko w głowie. Mógłby też po prostu zabrać się stąd i wyjaśnić moją nieobecność w Shreveport swojemu przełożonemu, Ericowi. Miałby nauczkę.
– Sookie – krzyknął Bill. Nadal był na jezdni. – Muszę znaleźć najbliższą stację benzynową z mechanikiem.
– Powodzenia – wymamrotałam pod nosem. Stacja z mechanikiem otwarta w nocy? Myślał chyba o latach pięćdziesiątych albo jakiejś innej epoce.
– Zachowujesz się jak dziecko, Sookie – powiedział. – Mógłbym po ciebie iść, ale nie chcę tracić czasu. Kiedy się uspokoisz, wróć do samochodu. Idę.
