
— Powiedzcie mi, kapralu — zagadnął — jak wygląda Stary Świat?
Na twarzy Steenameerta odbiło się wahanie.
— Depesze są tajne, kapitanie.
— Mniejsza o depesze. Tak miedzy nami, kapralu, co tam widzieliście? Jak tam jest?
Usiłując wydostać się z jednoczęściowego kombinezonu, Steenameert uśmiechnął się z wdzięcznością. Wyraźnie czuł potrzebę opowiedzenia o swoich przygodach.
— Same ogromne, puste miasta! Miasta, przy nich Prąd to mała wioska! I wszystkie puste.
— Puste?! A co z…
— Panie Maraquine! — Księżna Yantara znajdowała się od nich wciąż o dobre kilkanaście kroków, jednak jej silny głos zmusił Tollera do urwania w pół słowa. — Do czasu oficjalnego wydalenia ze Służb Podniebnych za umyślne uszkodzenie statku powietrznego Jej Wysokości przejmuję dowództwo na pańskim statku. Niech się pan uważa za aresztowanego.
Arogancja i brak rozsądku w słowach księżnej odebrały Tollerowi mowę, szarpnęła nim taka wściekłość, że od razu zorientował się, iż musi ją okiełznać. Uzbrojony w najłagodniejszy uśmiech obrócił się do księżnej i natychmiast pożałował, że ich spotkanie nie nastąpiło w innych okolicznościach. Jej twarz należała do tych, które napełniaj ą mężczyzn bezbrzeżnym zachwytem, a kobiety bezgraniczną zazdrością. Krągła, ozdobiona szarymi oczami, doskonała w każdym calu odróżniała Yantarę od wszystkich kobiet, które Toller miał okazję poznać w swoim dotychczasowym życiu.
— Czego tak szczerzycie zęby? — parsknęła Yantara. — Nie słyszeliście, co powiedziałam?
