
— Proszę się nie wygłupiać, kapitanie — odparł Toller odsuwając swe żale na bok. — Potrzebujecie pomocy przy naprawie waszego statku?
Yantara posłała wściekłe spojrzenie swojej porucznik, która właśnie stanęła u jej boku, po czym powróciła wzrokiem do twarzy Tollera.
— Panie Maraąuine, pan chyba nie rozumie powagi sytuacji. Jest pan aresztowany.
— Posłuchajcie, kapitanie — westchnął Toller. — Zachowaliście się głupio, ale na szczęście obeszło się bez poważnych szkód, więc nie ma potrzeby spisywać oficjalnego raportu. Idźmy każde swoją drogą i zapomnijmy o tym niefortunnym incydencie.
— Chciałby pan tego, prawda?
— Lepsze to, niż przedłużanie tej obłędnej farsy. Dłoń Yantary powędrowała do kolby pistoletu u pasa.
— Powtarzam, jest pan aresztowany, panie Maraąuine. Nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje, Toller instynktownie chwycił rękojeść szabli.
Na usta Yantary wypełzł lodowaty uśmieszek.
— Cóż takiego może pan zdziałać tym zabawnym zabytkiem?
— Skoro pytacie, to wam powiem — rzucił Toller beztrosko. — Nim zdążycie unieść pistolet, odetnę wam głowę i gdyby wasza porucznik zachowała się na tyle nieroztropnie, by mi grozić, spotkają podobny los. Ponadto, gdybyście nawet mieli ze sobą jeszcze kilkoro ludzi… i gdyby udało im się wystrzelić i przeszyć mnie kulami, to i tak dopadłbym ich i położył trupem. Mam nadzieję, że wyrażam się jasno, kapitanie Dervonai. Wykonuję bezpośrednie rozkazy Jej Wysokości i jeśli ktokolwiek stanie mi na drodze, cała sprawa zakończy się rozlewem krwi. Tak to się właśnie przedstawia. — Przemawiając dobrotliwym tonem Toller obserwował uważnie, jakie wrażenie jego słowa wywrą na Yantarze. Jego odziedziczona po dziadku postura żywo przypominała czasy, kiedy kasta wojskowych dominowała w kolcorroniańskim społeczeństwie. Ale choć górował nad księżną wzrostem i ważył dwa razy więcej, wcale nie miał pewności, że wszystko pójdzie po jego myśli. Yantara sprawiała wrażenie osoby nieprzywykłej do ulegania cudzej woli niezależnie od okoliczności.
