
Niewolnictwo było dla tych Białych czymś w rodzaju alchemii. Opracowali sobie sposoby przemiany w złoto każdej kropli potu czarnego mężczyzny, a każdego jęku rozpaczy czarnej kobiety w słodki, czysty dźwięk srebrnej monety padającej na stół bankiera. W tym miejscu sprzedawało się i kupowało dusze. A jednak mało kto zdawał tam sobie sprawę, jaką cenę płaci za posiadanie ludzi.
Słuchajcie uważnie, bowiem opowiem wam, jak wygląda świat oglądany z głębi serca Cavila Plantera. Ale upewnijcie się najpierw, że dzieci już śpią, bowiem części tej historii słyszeć nie powinny. Mówi ona o pragnieniach, których sensu jeszcze nie rozumieją. A nauczanie ich nie jest jej celem.
Cavil Planter był człowiekiem pobożnym, chodził do kościoła i dawał na tacę. Wszyscy jego niewolnicy byli ochrzczeni i dostawali chrześcijańskie imiona, gdy tylko poznali angielski dostatecznie, by nauczyć ich modlitwy. Zakazywał im praktykowania czarnej magii — nie pozwalał nawet na zabicie kurczęcia, a co dopiero na zamianę tego niewinnego aktu w składanie ofiary jakiemuś ohydnemu bóstwu. We wszystkim Cavil Planter służył Panu jak najlepiej potrafił.
I jaką nagrodę otrzymał ten nieszczęsny człowiek za swoją prawowierność? Jego żonę Dolores dręczyły straszliwe bóle, przeguby zaś i palce miała pokrzywione jak staruszka. Już w wieku dwudziestu pięciu lat prawie każdej nocy zasypiała z płaczem, aż wreszcie Cavil nie mógł znieść przebywania z nią w jednym pokoju.
Próbował jej pomóc. Okłady z zimnej wody, kompresy z gorącej, proszki i wywary — więcej, niż mógł sobie pozwolić, wydawał na tych szarlatanów-doktorów z dyplomami Uniwersytetu w Camelot. Przez jego dom przewinęła się nieskończona parada kaznodziejów z ich wiecznymi modlitwami i księży z magicznymi inkantacjami. A wszystko to całkiem na nic. Co noc leżał w pościeli i słuchał jej płaczu, potem szlochu, aż ten szloch zmieniał się w równomierny oddech z cichym jękiem przy wydechu, niby delikatną smużką cierpienia.
