– Nowy Jork jest szczególnie piękny we wrześniu – mruknęła pod nosem, przyglądając się ludziom biegającym dla zdrowia w Central Parku, nianiom popychającym wózki i starszym osobom, opalającym się na ławkach. W takie dni – przypomniała sobie – starałam się wyprowadzać malutką Heather na spacer. Była ślicznym dzieckiem. Ludzie zatrzymywali się, żeby na nią popatrzeć. Heather była tego świadoma. Lubiła siedzieć w wózku i cieszyło ją zainteresowanie, jakie wzbudzała. Była inteligentna, bystra, zdolna. Pełna ufności…

Dlaczego to wszystko odrzuciłaś, Heather? – Izabella kolejny raz stawiała sobie pytanie nurtujące ją od dnia śmierci córki. – Od tego wypadku, gdy byłaś dzieckiem… Zobaczyłaś wtedy, jak samochód wpada w poślizg, zjeżdża z drogi i rozbija się. Od tej pory zawsze bałaś się śliskich dróg. Chciałaś przeprowadzić się do Kalifornii, bo tam nigdy nie ma mrozu. Dlaczego jechałaś zaśnieżoną, górską drogą o drugiej nad ranem? Miałaś zaledwie dwadzieścia cztery lata i widoki na wspaniałą przyszłość. Co się stało tej nocy? Dlaczego wyruszyłaś w drogę? Kto cię na to namówił?


Dzwonek domofonu wyrwał Izabellę z bolesnych objęć smutku, pozbawionego nadziei. Odźwierny powiadomił ją, że przyszła panna Farrell, umówiona na dziesiątą.

Lacey nie była przygotowana na tak wylewne, chociaż nieco nerwowe przywitanie.

– Wielkie nieba, wygląda pani młodziej, niż się spodziewałam – powiedziała Izabella Waring. – Ile pani ma lat? Trzydzieści? Moja córka skończyłaby w przyszłym tygodniu dwadzieścia pięć. Mieszkała tutaj. To było jej mieszkanie. To straszne, nie sądzi pani, takie odwrócenie naturalnego biegu rzeczy? To ona powinna po mojej śmierci porządkować moje rzeczy.



10 из 222