
Lacey przyklęknęła.
– Izabello – wyszeptała.
Miała jeszcze wiele do powiedzenia – że wezwie pogotowie, że wszystko będzie dobrze – ale wargi odmówiły jej posłuszeństwa. Za późno. Widziała to wyraźnie. Izabella umierała.
Później ta koszmarna scena często jej się śniła. Zawsze było tak samo: Lacey klęczy obok ciała Izabelli, która w urywanych słowach mówi o pamiętniku i błagają, żeby zabrała te kartki. Nagle jej ramienia, dotyka czyjaś dłoń. Lacey ogląda się i widzi zabójcę o zimnych, pozbawionych uśmiechu oczach, który trzyma w dłoni pistolet wycelowany w jej czoło i powoli naciska spust.
1
W drugi poniedziałek września telefony w biurze „Parker i Parker” urywały się. Lacey czuła, że letni zastój wreszcie się skończył. Przez ostatni miesiąc niewiele się działo na rynku nieruchomości na Manhattanie; dopiero teraz znów zaczyna się ruch.
– Najwyższy czas – powiedziała do Ricka Parkera, który właśnie postawił jej na biurku kubek kawy. – Od czerwca nie udało mi się sprzedać nic ciekawego. Wszyscy klienci wyjechali do Hamptons albo na przylądek. Bogu dzięki, zaczęli już wracać. Ja też wzięłam miesiąc wolnego i wyjechałam na wakacje, ale już najwyższy czas zabrać się do roboty.
Wyciągnęła rękę po kawę.
– Dziękuję. Miło jest być obsługiwaną przez samego dziedzica.
– Drobiazg. Świetnie wyglądasz, Lacey.
Lacey wolała nie zwracać uwagi na minę Ricka. Zawsze czuła się tak, jakby rozbierał ją wzrokiem. Rozpuszczony, przystojny i obdarzony złudnym wdziękiem, którego świadomie używał, onieśmielał ją. Lacey była szczerze zmartwiona tym, że ojciec Parkera przeniósł go tu z biura na West Side. Nie chciała stracić pracy, a ostatnio coraz trudniej jej przychodziło utrzymać Ricka na dystans. Kiedy odezwał się telefon, z ulgą sięgnęła po słuchawkę. Uratował mnie dzwonek – pomyślała.
