
Rick wzruszył ramionami i poszedł do swojego gabinetu z oknami wychodzącymi na Sześćdziesiątą Drugą Wschodnią. Okna pokoju Lacey wychodziły na aleję Madison. Cieszył ją nieustanny ruch na ulicy, widok grupek turystów i eleganckich kobiet w butach na wysokich obcasach, wychodzących z drogich sklepów z ubraniami.
– Tylko niektórzy z naszych pracowników urodzili się w Nowym Jorku – musiała czasem dodawać otuchy onieśmielonym żonom urzędników z różnych firm, których właśnie przenoszono na Manhattan. – Inni przyjechali tu z lękiem, zanim się jednak spostrzegli, przekonali się, że mimo wielu problemów, jest to najlepsze miejsce na świecie. Jeśli ktoś ją wypytywał, odpowiadała szczerze:
– Wychowałam się na Manhattanie i z wyjątkiem kilkuletniej przerwy na studia zawsze tu mieszkałam. To mój dom, moje rodzinne miasto.
Takie same uczucia wobec miasta żywił jej ojciec, Jack Farrell. Była jeszcze bardzo mała, kiedy z jego pomocą poznawała Nowy Jork.
– Jesteśmy dobrymi kumplami. Lace – mówił. – Jesteś mieszczuchem, tak jak ja. Twoja matka, niech jej Bóg błogosławi, chciałaby za przykładem wielu innych rodzin uciec gdzieś za miasto. Należą się jej słowa uznania za to, że tu wytrzymuje. Dobrze wie, że ja bez miasta usechłbym jak odcięta gałąź.
Lacey odziedziczyła po ojcu nie tylko miłość do Nowego Jorku, ale też typowo irlandzką urodę: jasną skórę, niebieskozielone oczy i ciemnobrązowe włosy. Jej siostra. Kit, jest bardziej podobna do matki, z pochodzenia Angielki. Ma błękitne oczy i włosy w kolorze żyta.
Jack Farrell, muzyk, pracował w teatrze, gdzie grał w orkiestrze, ale czasem występował też w klubach i na koncertach. Lacey umiała zaśpiewać z nim w duecie dowolną piosenkę z każdego musicalu wystawianego na Broadwayu. Nigdy nie pogodziła się z nagłą śmiercią ojca. Odszedł, kiedy kończyła studia. Lacey do dziś nie potrafiła się z tego otrząsnąć. Czasem, przechodząc koło teatru, łapała się na tym, że spodziewa się lada chwila spotkać Jacka Farrella.
