
Skoro i tak mam umrzeć, to przynajmniej z pełnym brzuchem, pomyślała w desperacji i zjadła wszystko do końca. Wtedy Kardal podał jej drugi kubek wody. Była pewna, że nomada wróci do siedzących wokół ognia towarzyszy, jednak nadal tkwił przy niej, wpatrując się badawczo w jej twarz.
Wiedziała, że wygląda okropnie. Rozczochrane włosy, pobrudzone policzki, żadnego makijażu…
O czym ja myślę? Zamierzam kokietować porywacza?! – obruszyła się w duchu.
– Kim jesteś? – zapytał cicho, patrząc jej w oczy. – Co robiłaś sama na pustyni?
Najedzona, nie czuła się tak przestraszona i bezbronna. W pierwszej chwili chciała skłamać, ale nigdy nie była w tym dobra. Mogła również odmówić odpowiedzi, ale niewzruszone spojrzenie Kardala miało w sobie coś zniewalającego. Uznała, że najprościej będzie powiedzieć prawdę. A przynajmniej jej część.
– Szukam zaginionego Miasta Złodziei.
Spodziewała się niedowierzania lub zaciekawienia, nie przewidziała jednak, że Kardal po prostu wybuchnie gromkim śmiechem.
– Proszę bardzo, śmiej się, na zdrowie – rzuciła ostro. – To miasto naprawdę istnieje. Wiem, gdzie się znajduje, i mam zamiar je odnaleźć.
– Miasto Złodziei jest tylko legendą. – Kardal spoważniał. – Poszukiwacze przygód szukają go bezskutecznie od stuleci. Myślisz, że akurat ty je znajdziesz, mimo że tylu innych nie dało rady?
– Niektórzy tam dotarli. Mam mapy i dzienniki z zapiskami.
– A gdzie są te twoje mapy i dzienniki? – spytał ze słodką ironią.
– W torbie przytroczonej do siodła – fuknęła ze złością.
– Które zniknęło wraz z twoim koniem.
– Tak.
– Oto więc mamy zagadkę: czy coś, co nie istnieje, łatwiej znaleźć z mapą i zapiskami, czy też bez nich?
Sabrina zacisnęła pięści.
– Miasto Złodziei istnieje!
