
– Do cholery, co ty wyrabiasz?! – Aż się trzęsła ze złości. Jazda wierzchem z zawiązanymi oczami była koszmarem. Sabrinie wciąż się zdawało, że zaraz spadnie prosto pod kopyta.
Usłyszała przy uchu szept Kardala:
– Po pierwsze nie krzycz, bo jestem tuż za tobą.
– Jakbym nie wiedziała – sarknęła.
Jechali przecież w jednym siodle, ona z przodu, Kardal za nią. Starała się go nie dotykać, ale było to niemożliwe, co jeszcze bardziej pogłębiało jej tortury.
– A po drugie? – spytała z niechęcią.
– Niebawem spełni się twoje życzenie, jedziemy bowiem do Miasta Złodziei.
Sabrinę na chwilę zamurowało. Już nie była wściekła. Tyle lat poszukiwań, tysiące godzin spędzonych nad mapami i różnojęzycznymi dokumentami, nieprzespane noce, podczas których starała się przeniknąć tajemnicę.
– A więc ono naprawdę istnieje…
– Jak najbardziej. – Zaśmiał się. – Spędziłem w nim całe życie.
– Co?! Po prostu sobie tam mieszkasz, ty i wielu innych ludzi?
– Od wielu, wielu pokoleń. Nie są to ruiny wyrastające z piasku, tylko tętniące życiem miasto.
– To nie ma sensu… – Czuła mętlik w głowie. – Przecież jedyne informacje pochodzą ze starych ksiąg i dzienników. Jak może istnieć miasto, o którym nikt nie wie?
– Właśnie o to nam chodzi. Świat zewnętrzny nas nie interesuje. Żyjemy zgodnie z odwieczną tradycją.
Co znaczy, że życie kobiet w Mieście Złodziei nie jest ani łatwe, ani przyjemne, pomyślała.
– Nie wierzę ci. Drwisz sobie ze mnie, dla zabawy rozbudzasz moje nadzieje.
– Więc po co ci zasłoniłem oczy?
– Bym nie mogła tam wrócić…
– Właśnie.
A więc nie zamierzał jej trzymać w Mieście Złodziei aż do śmierci. Sabrina odetchnęła z ulgą. Poza tym spełni się jej marzenie, bo ujrzy mityczny świat… Nie, wcale nie mityczny! Wprawdzie zapłaciła za to zbyt wysoką cenę – utrata wolności jest zbyt straszna i poniżająca – ale na to nie miała już wpływu. W każdym razie zostanie za to wynagrodzona.
