
Nagle Sabrina zorientowała się, że wicher nieco słabnie. Wyjrzała spod peleryny.
Tak, żyła i nawet czuła się nie najgorzej, za to jej koń i wielbłąd zniknęły, unosząc ze sobą cały zapas wody i żywności oraz mapy. Jakby tego było mało, burza zmiotła wszystkie tyczki, które wyznaczały drogę, i całkowicie zmieniła ukształtowanie terenu. Sabrina nie wiedziała więc, jak wrócić do starego, opuszczonego domu, obok którego zostawiła samochód terenowy i przyczepę dla konia. Jedyna nadzieja, że ktoś natrafi na dżipa, zawiadomi kogo trzeba i zaczną szukać nieszczęsnej globtroterki. Tyle że do tamtego domu całymi miesiącami nikt nie zaglądał…
Poczuła wielki głód. Zbliżała się noc, a Sabrina jadła dziś tylko śniadanie, i to przed świtem, kiedy to wyruszyła ze stolicy, absolutnie przekonana, że odnajdzie legendarne Miasto Złodziei. Od lat zbierała o nim wszelkie informacje, by udowodnić ojcu, że ono naprawdę istnieje. Ojciec naśmiewał się z jej obsesji, lecz ona z uporem robiła wszystko, by dowieść swoich racji. Zamiast jednak odnaleźć Miasto Złodziei, wpakowała się w kłopoty.
I co dalej? Po pierwsze mogła kontynuować swoje poszukiwania, po drugie mogła ruszyć w przeciwnym kierunku, by wrócić do Bahanii, do ojca i braci, którzy się nią zupełnie nie interesowali, wreszcie po trzecie mogła tu zostać i umrzeć.
Tylko trzecia ewentualność zdawała się w pełni wykonalna.
– Nie poddam się bez walki – mruknęła Sabrina, zawiązując ciaśniej chustę wokół głowy i otrzepując pelerynę.
Wiedziała, że musi iść na południe z lekkim odchyleniem na zachód, bo tam znajdował się opuszczony dom, samochód i zapasy, które nie zmieściły się na wielbłąda. Mimo głodu i pragnienia, wyruszyła w drogę, zachodzące słońce mając po prawej ręce.
– Sabrina Johnson nie z takich opałów wychodziła cało – mruknęła dziarsko.
Nie była to do końca prawda, bo nigdy dotąd nie groziło jej prawdziwe niebezpieczeństwo, ale to naprawdę nieistotny drobiazg.
