Po trzydziestu minutach marszu Sabrina myślała tylko o tym, by jakimś cudem zajechała tu taksówka, po następnym kwadransie była gotowa sprzedać duszę za szklankę wody, a po kolejnym ostatecznie do niej dotarło, że zbliża się śmierć. Od pyłu i suchego powietrza piekły ją oczy, gardło bolało jak otwarta rana, a wysuszona skóra wydawała się za ciasna.

Zasnąć i umrzeć, marzyła. Znając jednak swoje szczęście, podejrzewała, że będzie konać długo i w mękach.

W promieniach zachodzącego słońca pojawiały się przed nią falujące oazy, a nawet cudowny wodospad. Starała się jednak ignorować pustynne majaki, które wabią ku sobie wędrowców, by zeszli ze szlaku ku niechybnej śmierci.

W końcu jej oczom ukazało się kilku jeźdźców. Wyraźnie zmierzali w jej kierunku. Następna fatamorgana? Ale przecież ziemia drży pod uderzeniami końskich kopyt!

Utkwiła rozgorączkowany wzrok w jeźdźcach. Czyżby nadchodził ratunek?

Sabrina spędzała letnie wakacje w Bahanii, u swojego ojca, by poznać życie jego poddanych. Jednak ojciec nie zadał sobie najmniejszego trudu, żeby jej w tym pomóc, dlatego skazana była na wiedzę pochodzącą od służby. Między innymi dowiedziała się, że na pustyni można zawsze liczyć na życzliwość i gościnność innych ludzi. Jest to odwieczny i uświęcony obyczaj.

Sabrina chodziła jednak do szkoły w Los Angeles, gdzie dbanie o bezpieczeństwo jest sprawą podstawową. Pokojówka jej matki wciąż jej przypominała, że nie wolno zadawać się z obcymi, a już szczególnie z mężczyznami. Co w takim razie powinna teraz zrobić? Oczekiwać pomocy czy raczej uciekać? Tylko dokąd miała uciekać?

Jeźdźcy stawali się coraz lepiej widoczni. Ubrani byli w tradycyjne galabije i burnusy, których długie poły powiewały za plecami. Sabrina rozpoznała, że konie należą do rasy hodowanej w Bahanii, specjalnie przystosowanej do życia na pustyni.

Stłumiła narastający niepokój. Będzie żyła, i tylko to teraz się liczyło.



3 из 162