
– To, jak żyłaś w Kalifornii, jest doskonale udokumentowane. Wprawdzie napawa mnie to odrazą, ale zamierzam z tego skorzystać. Z ciebie i z twoich umiejętności.
Nienawidziła go. Gdy musnął czubkami palców jej policzek, poczuła dziwny dreszcz. To ze strachu, pomyślała.
Tak, bała się okropnie, choć zarazem nie do końca wierzyła, by mówił poważnie. Ale nawet, jeśli to był żart, jak śmiał coś takiego powiedzieć! Tak, to był jakiś upiorny, plugawy żart. Nie mógł przecież myśleć, że ona… że będzie się z nim…
– Nie możemy się kochać – powiedziała.
– Obiecuję, że nie będę samolubny. Zadbam, by tobie też było dobrze.
Nie tego chciała. Pragnęła, by jej uwierzono. Była bliska płaczu, ale się powstrzymała. Łzy nic tu nie pomogą. Choćby rzuciła się na podłogę i błagała, Kardal jej nie wysłucha. Po prostu wie swoje i już. Uznał, że jest rozpustną kobietą, która w Ameryce nauczyła się wszetecznego życia. Biega z przyjęcia na przyjęcie i zalicza facetów na pęczki.
Kardal nigdy nie uwierzy, że jest dziewicą. Gdyby mu to powiedziała, tylko by się roześmiał. A kiedy się przekona, jak bardzo się mylił, będzie po wszystkim.
Jak ona będzie dalej z tym żyła? Przecież on zamierzał ją zgwałcić! Odbierał jej wolę, traktował jak bezduszną zabawkę. Jak ona sobie później poradzi z tak poniżającym wspomnieniem?!
Tylko nie płakać, powiedziała sobie.
– Przyjemnie? To marna zaplata za to, co zamierzasz mi zrobić – rzuciła z goryczą.
– Nie oceniaj mnie zbyt szybko. Najpierw się przekonaj, jakim jestem kochankiem.
– Jedyne, czego chcę, to wrócić do pałacu – szepnęła. Kardal opuścił rękę.
– Być może wrócisz. Za jakiś czas. Kiedy już mi się znudzisz. A do tej pory – wskazał na komnatę – ciesz się pobytem w moim domu. Przecież spełniło się twoje marzenie. Jesteś w Mieście Złodziei.
Odwrócił się i wyszedł.
Jestem uwięziona, pomyślała tępo. Naprawdę uwięziona. Nie mam pojęcia, gdzie się znajduję, i nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc.
