Odgarnęła włosy z twarzy, rzuciła wściekłe spojrzenie i spytała:

– Czego ode mnie chcesz?

– Po pierwsze chciałbym, żebyś przestała wbijać mi kolano w żołądek.

Szybko zmieniła pozycję, by jej opięte w dżinsy kolano przestało nękać brzuch nomady.

Słońce skryło się już za horyzontem i Sabrina zrozumiała, jak głupio zrobiła, próbując ucieczki. Dogoniłaby pewną śmierć… Miała jednak powody, by użalać się nad sobą. Była głodna, spragniona i nie wiedziała, w jakich rękach się znajduje.

– A więc jednak można się z tobą dogadać. – Głos nomady wyraźnie złagodniał. – To najprzyjemniejsza cecha u kobiety. I bardzo rzadka.

– Chcesz powiedzieć, że bijąc swoje żony, nie zdołałeś nauczyć ich posłuszeństwa? To doprawdy zaskakujące. – Popatrzyła na niego ze złością.

Nomada zmrużył oczy, ale Sabrina postanowiła tym się nie przejmować.

Miał szerokie ramiona, a jego twarz była ciemna i twarda jak skała, której kształt nadały siekące piaskiem pustynne wichry. Głowę osłaniała chusta, nie mogła więc zobaczyć jego włosów. Z pewnością były jednak ciemne i dosyć długie. Zachowywał się jak ktoś przywykły do odpowiedzialności za wiele spraw.

– Jak na kobietę, która całkowicie jest zdana na moją łaskę, zachowujesz się albo niewiarygodnie odważnie, albo niewiarygodnie głupio.

– Raz już nazwałeś mnie głupią. I to niesłusznie, gdybyś chciał wiedzieć.

– Nie chcę wiedzieć. Zresztą, jak byś nazwała kogoś, kto bez przewodnika i zapasów wypuszcza się na pustynię?

– Miałam konia i jucznego wielbłąda!

– W tym problem. Miałaś.

Spostrzegła, że pozostali mężczyźni zabrali się do rozbijania obozu. Płonęło już nawet ognisko, nad którym bujał się kociołek.

– Macie wodę? – Sabrina oblizała wyschnięte wargi.

– W przeciwieństwie do ciebie zachowaliśmy nasze zapasy.



6 из 162