
Nie mogła oderwać wzroku od wlewanej do kociołka wody.
– Proszę – wyszeptała.
– Nie tak szybko, mój ty pustynny ptaszku. Najpierw muszę się upewnić, że znów nie odlecisz.
– Przecież dobrze wiesz, że nie mam gdzie uciekać.
– A jednak próbowałaś.
Zsiadł z konia. Zanim zdążyła zsunąć się na ziemię, wydobył ze swoich przepastnych szat linę i chwycił Sabrinę za nadgarstki.
– Co robisz?! Dlaczego chcesz mnie związać? Przecież nigdzie się stąd nie ruszę.
– Zamierzam dopilnować, by tak się stało.
Mimo wściekłego oporu, po krótkiej chwili miała związane ręce. Wciąż się szarpiąc, Sabrina zachwiała się w siodle. Nomada chwycił ją za ubranie na piersiach, rzucił na piasek i związał nogi w kostkach.
– Poleż tu jakiś czas. – Wziął konia za uzdę i poprowadził w stronę obozowiska.
– Co takiego?! – Zaczęła się wściekle rzucać na piasku. – Nie możesz mnie tu zostawić.
– A ja myślę, że mogę. – Spojrzał na nią czarnymi oczami i uśmiechnął się.
Podszedł do pozostałych nomadów i powiedział coś, co przywitali śmiechem. Sabrina wpadła w ostateczną furię. Szarpała więzy, kopała piasek, złorzeczyła. Przy pierwszej okazji ucieknie i odnajdzie drogę do Bahanii, a wtedy tego drania rozstrzelają. Albo powieszą. A najlepiej jedno i drugie naraz. Ojciec, choć miał ją prawie za nic, nie przepuści takiej zniewagi. Ktoś śmiał porwać jego córkę!
Wciąż wyklinając wszystkich nomadów do siódmego pokolenia, przekręciła się na piasku, by nie widzieć ogniska. Tam była woda i jedzenie, a ona wprost konała z głodu i pragnienia. Zastanawiała się, czy nieznajomy tylko się z nią drażni, czy naprawdę ma zamiar poskąpić jej kolacji. Jakim musiałby być potworem, żeby to zrobić?
Pustynnym potworem, odpowiedziała sobie. Dla mężczyzn takich jak on kobieta jest jedynie kolejną pozycją w inwentarzu.
– Już lepiej byłoby mi z księciem trolli – mruknęła. Poczuła piekące łzy, ale nie pozwoliła sobie na płacz.
