
Nie chciała się spotkać z księciem trolli, jak w myślach nazwała wybranego przez ojca narzeczonego, dlatego uciekła na pustynię, by odnaleźć Miasto Złodziei. Nadzieje się nie spełniły, a zamiast tego została schwytana przez nomadów. Może ten książę trolli nie był jednak taki najgorszy?
– O czym myślisz? – usłyszała nagle. Gdy otworzyła oczy, ujrzała, że przywódca nomadów stoi tuż przed nią.
– Planowałam wakacje, lecz inaczej je sobie wyobrażałam.
Odkrył głowę, a na sobie miał tylko bawełniane spodnie i tunikę, lecz nadal wyglądał tak samo imponująco i groźnie. Jego potężna sylwetka była doskonale widoczna na tłe czarnego nieba. Sabrina, mimo że z całego serca nienawidziła swego prześladowcy, po prostu musiała go podziwiać.
– Masz odwagę wielbłąda – powiedział.
– Serdeczne dzięki. Wiem, jak tchórzliwe są wielbłądy.
– Ach, więc coś jednak słyszałaś o pustyni. W takim razie co powiesz o odwadze pustynnego lisa?
– Przecież one wciąż uciekają.
– Rozumiesz więc, o co mi chodzi.
Najchętniej pokazałaby mu język.
– Przyniosłem ci coś.
W tej chwili dotarły do niej wspaniałe zapachy.
– Kolacja? – Starała się, by nadzieja nie zabrzmiała w jej głosie.
– Tak. – Przykucnął, odstawił talerz i kubek na piasek, a potem pomógł jej usiąść. – Nie wiem jednak, czy mogę ci zaufać na tyle, by cię rozwiązać.
Walczyła ze sobą, by nie rzucić się na talerz i nie zacząć jeść wprost z niego, a na myśl o wodzie gardło zapiekło ją jak rana.
– Przysięgam, że nie będę próbowała uciec.
Nomada usiadł na piasku obok niej.
– Dlaczego miałbym ci wierzyć? Wiem o tobie tylko tyle, że byle pchła jest od ciebie inteligentniejsza.
– Mam dosyć tych zwierzęcych porównań. – Sabrina zmrużyła oczy. – To prawda, straciłam konia i wielbłąda, ale nie ze swojej winy. Kiedy zbliżała się burza, próbowałam je uwiązać, a sama owinęłam się peleryną i usiadłam w kucki. Przeżyłam dzięki zdrowemu rozsądkowi.
