
– Ojej, robi się późno! Papa mi urwie głowę.
– Przysięgam na grób mego ojca… – Charles starał się, żeby jego słowa zabrzmiały poważnie, lecz przeszkodził mu w tym kolejny atak czkawki.
Ellie obróciła się ku niemu tak szybko, że nosem stuknęła go w ramię.
– Co pan wygaduje, milordzie?
– Próbowałem,,, yyk„. przysiąc, że nie… yyk… nie staram się umyślnie pani opóźniać.
Kąciki ust Ellie uniosły się w górę.
– Nie wiem, dlaczego panu wierzę – powiedziała. – Ale tak jest.
– Może dlatego, że moja kostka wygląda jak przejrzała gruszka – zażartował.
– Chyba nie – odparła zamyślona.
– Przypuszczam, że jest pan po prostu osobą milszą, niż powszechnie się o panu mówi.
Charles skrzywił się.
– Nie jestem ani trochę… yyk… miły.
– Założę się, że na Boże Narodzenie cała pańska służba dostaje wyższą pensję.
Charles, ku swej irytacji, natychmiast się zaczerwienił.
– Aha! – zawołała Ellie z triumfem. - A więc zgadłam!
– To tylko wzmacnia lojalność – burknął.
– Dzięki temu mają pieniądze na kupno prezentów dla rodziny – stwierdziła miękko Ellie.
Charles mruknął coś pod nosem i odwrócił głowę.
– Piękny zachód słońca, prawda, panno Lyndon?
– Trochę niezręczna zmiana tematu – stwierdziła Ellie z wyższością. – Ale zachód rzeczywiście jest piękny.
– To doprawdy zdumiewające – ciągnął – ile różnych kolorów może pojawić się na niebie. Widzę pomarańczowy, różowy, brzoskwiniowy, a tam jeszcze cień szafranu – wskazał na południowy zachód. – A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że jutro będzie to wyglądało całkiem inaczej.
– Czy pan jest artystą? – spytała Ellie.
– Och, nie – odparł. – Po prostu lubię zachody słońca.
– Bellfield jest tuż za zakrętem – stwierdziła.
– Doprawdy?
– Wydaje mi się, że czuję w pana głosie rozczarowanie.
