
– Chyba tak naprawdę nie mam ochoty wracać do domu -westchnął na myśl o tym, co go tam czeka. Wycombe Abbey, olbrzymia kupa kamieni, której utrzymanie kosztuje cholerny majątek. A ten majątek za sprawą upartego ojca za niespełna miesiąc wymknie mu się z rąk.
Ktoś mógł sądzić, że George Wycombe odda sakiewkę przynajmniej w chwili śmierci, ale nie, on nawet zza grobu zaciskał dłonie na gardle syna. Charles przeklął po cichu na myśl o tym, jak dobrze odpowiadał sytuacji ten obraz. Rzeczywiście miał wrażenie, że się dusi.
Dokładnie za piętnaście dni skończy trzydzieści lat. Dokładnie za piętnaście dni każdy okruszek jego schedy zostanie mu odebrany. Chyba że…
Panna Lyndon odkaszlnęła i potarła ręką oko, do którego wpadła jej drobina kurzu. Charles popatrzył na nią, jego zainteresowanie odżyło na nowo.
Chyba że, pomyślał wolno, nie chcąc, by jego przyćmiony alkoholem umysł pominął jakiś ważny szczegół. Chyba że w ciągu tych piętnastu dni zdoła znaleźć sobie żonę.
Panna Lyndon poprowadziła go ku głównej ulicy Bellfield i wskazała na południe.
– Gospoda pod Pszczołą i Ostem jest tam, ale nie widzę pańskiej kariolki. Czy może stać gdzieś z tyłu?
Ona ma taki przyjemny głos, stwierdził Charles. Ma przyjemny głos, przyjemne usposobienie, przyjemne poczucie humoru i – chociaż wciąż nie wiedział, jakiego koloru są jej włosy – przyjemne brwi. I tak przyjemnie się o nią opierać. Chrząknął.
– Panno Lyndon.
– Proszę mi nie mówić, że pan zgubił gdzieś swój powóz.
– Panno Lyndon, mam z panią do omówienia ważną sprawę.
– Czy noga bardziej pana boli? Zdawałam sobie sprawę, że opieranie się na niej to zły pomysł, ale nie wiedziałam, jak inaczej przetransportować pana do miasteczka. Lód z pewnością…
– Panno Lyndon! – prawie krzyknął Charles. Dopiero teraz zamknęła usta.
– Czy sądzi pani, że mogłaby.,. – Kaszlnął, żałując nagle, że nie jest trzeźwy, bo miał wrażenie, że łatwiej byłoby mu znaleźć słowa.
