
Ellie przyglądała mu się z niedowierzaniem. Jak bardzo był pijany? Kilkakrotnie odchrząknęła, nie mogąc znaleźć właściwych słów. W końcu wyrzuciła z siebie:
– Próbuje mi pan powiedzieć, że mnie panlubi?
Uśmiechnął się uwodzicielsko.
– O, tak, i to bardzo.
– Będę musiała to rozważyć.
Charles przechylił głowę.
– Nie chciałbym poślubić osoby, która podjęłaby decyzję bez zastanowienia.
– Prawdopodobnie będzie mi na to potrzebnych kilka dni.
– Mam nadzieję, że nie za wiele. Zostało mi ich tylko piętnaście. Potem mój okropny kuzyn Phillip położy łapę na moich pieniądzach.
– Muszę pana ostrzec, że najpewniej dam odmowną odpowiedź.
Charles nic na to nie powiedział.
Ellie miała nieprzyjemne wrażenie, że już się zastanawia, do kogo się zwróci, jeśli ona odrzuci jego propozycję. Po chwili Charles spytał:
– Czy odprowadzić panią do domu?
– Nie, to nie będzie konieczne. To zaledwie kilka minut piechotą. A pan da sobie radę sam?
Kiwnął głową.
– Do widzenia, panno Lyndon.
Dygnęła leciutko.
– Do widzenia, lordzie Billington, – Z tymi słowami odwróciła się i odeszła. Dopiero gdy znalazła się poza zasięgiem jego wzroku, oparła się o ścianę najbliższego budynku i jęknęła: – Ach, mój Boże!
Wielebny Lyndon nie życzył sobie, aby jego córki wzywały imienia Pańskiego nadaremno, leczEllie wciąż była rak bardzo zaskoczona oświadczynami lorda Billington, że jeszcze wchodząc w progi rodzinnego domku, nie przestawała powtarzać „Ach, mój Boże!"
– Nie wypada, aby panienka używała takiego języka, nawetjeśli nie jest już pierwszej młodości – rozległ się niespodziewanie kobiecy głos.
Ellie jęknęła. Jedyną osobą ostrzej strzegącą normmoralnych niż jej ojciec była jego narzeczona, niedawno owdowiała Sally Foxglove. Ellie na jej widok uśmiechnęła się wymuszenie usiłując jak najprędzej przemknąć do swojego pokoju.
