
Ellie podniosła głowę, popatrzyła na niego i poczuła, że dech zapiera jej w piersiach. Charles był diabelnie przystojny i czarujący, ona zaś najwyraźniej nie pozostawała wobec niego obojętna.
– Wcale nie – zaprotestowała. Wzruszył ramionami.
– Odkładałem to w nieskończoność, wiem. Ale pani się zjawiła, wpadła w moje życie w najbardziej rozpaczliwym…
– Bardzo przepraszam, ale to raczej pan wpadł w moje.
Charles zachichotał,
– Czy mówiłem już pani, że jest pani bardzo zabawna? Pomyślałem więc: „Cóż, ona świetnie się do tego nada", i…
– Nawet jeśli pan zamierza umizgiwać się do mnie -powiedziała Ellie kwaśno – to i tak się to panu nie uda.
– Najlepiej ze wszystkich – poprawił się. – A prawdę mówiąc, jest pani pierwszą napotkaną kobietą, zktórą, jak mi się wydaje, zdołałbym wytrzymać.
Wprawdzie nie planował poświęcić się małżonce, bo tak naprawdę nie potrzebował od żony nic z wyjątkiem jej nazwiska na akcie małżeństwa, ale tak czy owak z żoną trzeba spędzać chociaż odrobinę czasu, więc powinno się mieć dla niej bodaj trochę sympatii. Doprawdy, panna Lyndon doskonale się do tego nadawała.
W duchu dodał jeszcze, że prędzej czy później będzie także musiał postarać się o dziedzica. Lepiej więc znaleźć kobietę, która ma dobrze w głowie. Cóż to za radość mieć głupie dzieci? Przyjrzał się Ellie jeszcze raz, obserwowała go podejrzliwie. Tak, z pewnością była bystra.
Miała też w sobie cośpiekielnie pociągającego. Charlesa ogarnęło wrażenie, że staranie się o dziedzica wcale nie musi być takie nieprzyjemne. Przytrzymując się jej łokcia, ukłonił się nisko,
– Co pani na to, panno Lyndon? Wchodzimy w to?
– Czy wchodzimy? – Ellie wypluła te słowa. Doprawdy, trudno to nazwać wymarzonymi oświadczynami.
– Hm… Chyba wyraziłem się niezręcznie, ale prawdą jest, panno Lyndon, że jeśli ktoś już musi się ożenić, to dobrze by było, żeby przynajmniej lubił przyszłą żonę. Wie pani, będziemy musieli spędzać ze sobą trochę
