
Powozem pocztowym wybrała się do Faversham, tam natychmiast skierowała się do kancelarii Tibbett & Hurley i postanowiła czekać na spotkanie z panem Tibbettem. Po dziesięciu minutach sekretarz prawnika wprowadził ją do jego gabinetu.
Pan Tibbett, dostojny człowiek z wielkimi wąsami, podniósł się na jej widok.
– Witam, panno Lyndon – powiedział. – Czy przybywa pani z kolejnymi instrukcjami od ojca? Muszę przyznać, że to prawdziwa przyjemność prowadzić interesy z człowiekiem, który tak bardzo interesuje się swoimi inwestycjami.
Ellie uśmiechnęła się wymuszenie, w głębi ducha niepomiernie się złoszcząc na to, że wszelka chwała za jej świetną orientację w interesach przypada ojcu, lecz winny sposób nie dało się tego załatwić.
– Sprawa wygląda nieco inaczej, panie Tibbett. Przybyłam, aby wycofać część swoich funduszy, a mówiąc ściśle, połowę.
Ellie nie była pewna, ile może kosztować wynajęcie niewielkiego domku w szanowanej dzielnicy Londynu, ale zdołała zgromadzić blisko trzysta funtów i uważała, że sto pięćdziesiąt powinno wystarczyć.
– Oczywiście – zgodził się pan Tibbett. – Wystarczy, że pani ojciec przybędzie do mnie osobiście, wtedy natychmiast wyjmiemy pieniądze.
Ellie nie posiadała się ze zdumienia.
– Słucham?
– My, w kancelarii w Tibbett & Hurley, szczycimy się wielką skrupulatnością w interesach. Nie mógłbym przekazać tych pieniędzy w ręce żadnej innej osoby. Oddam je tylko pani ojcu.
– Ależ przecież ja od lat omawiam z panem wszystkie inwestycje! – zaprotestowała Ellie. – Na rachunku widnieje moje nazwisko jako współdepozytariusza!
