
– Właśnie, współ. Pierwszym udziałowcem jest pani ojciec.
Ellie z trudem przełknęła ślinę.
– Mój ojciec jest odludkiem i pan dobrze o tym wie. Nie wychodzi z domu. Jak więc mam go tu sprowadzić? Pan Tibbett wzruszył ramionami.
– Z radością sam go odwiedzę.
– O, nie, to niemożliwe! – odparła Ellie, świadoma, że głos powoli przechodzi jej w pisk. – Obcy ludzie niepomiernie go denerwują. Tu chodzi o jego serce, pan chyba to rozumie. Doprawdy, nie mogę ryzykować takiego zagrożenia!
– Wobec tego będą mi potrzebne pisemne instrukcje z jego podpisem.
Ellie westchnęła z ulgą. Podpis ojca potrafiła podrobić nawet we śnie.
– Oczywiście musi być poświadczony przez innego szanowanego obywatela. – Oczy pana Tibbetta zwęziły się podejrzliwie. – Pani na świadka się nie nadaje.
– Bardzo dobrze, znajdę więc…
– Znam sędziego z Bellfield, może pani uzyskać jego podpis jako świadka.
Ellie poczuła, że serce ścisnęło się jej w piersi. Ona również znała sędziego i wiedziała, że nie ma nadziei na zdobycie jego podpisu na tym jakże istotnym dla niej kawałku papieru, jeśli nie będzie on świadkiem tego, iż to naprawdę ojciec Ellie napisał instrukcję.
– A więc dobrze, panie Tibbett – powiedziała, z trudem dobywając słów. – Ja… zobaczę, co się da zrobić.
Czym prędzej opuściła biuro, przyciskając do twarzy chusteczkę, aby ukryć zdradzieckie łzy. Czuła się jak zwierzę zapędzone w pułapkę. Nie było sposobu na wydobycie od pana Tibbetta należących do niej pieniędzy, a powrotu Victorii z kontynentu spodziewano się dopiero za kilka miesięcy. Ellie przypuszczała, że mogłaby błagać o litość teścia siostry, markiza Castleford, lecz nie była pewna, czy on byłby jej bardziej przyjazny niż pani Foxglove. Markiz niezbyt polubił Victorię, Ellie więc mogła sobie wyobrazić, jakie uczucia żywiłby dla niej, siostry swej synowej.
