
Magdeburg, 11 marca
Późnym wieczorem dwoje młodych ludzi wyjechało samochodem na wieś. Zatrzymali się na bocznej drodze i w ciemności mocno przytulili do siebie. Ich czułe słowa nie były przeznaczone dla żadnych obcych uszu.
Nagle dziewczyna zdrętwiała.
– Widziałeś?
– Co takiego?
– Tam… Ach, przecież…
– Na miłość boską! Co to jest?!
Dziewczyna przeraźliwie krzyknęła i histerycznie wtuliła się w chłopca, ten jednak gwałtownie uwolnił się z jej objęć i zapalił samochód. Z zawrotną prędkością ruszyli z powrotem do miasta, prosto na posterunek policji.
Złożyli niejasne, bezładne wyjaśnienia.
– Nie wiemy, co to było. Mignęło nam przed oczami niczym cień. Nie poruszało się jak człowiek, ale na pewno nie było to zwierzę. Dookoła panowała taka ciemność, że mogło to być cokolwiek. No i ten smród!
Zadrżeli, jakby na samo wspomnienie poczuli się gorzej.
– Nie, nie wrócimy tam, nigdy, za skarby świata. To coś zmierza na północ… Prosto przed siebie.
Policja nic nie zdziałała. Patrol wysłany samochodem nie natrafił na żaden ślad, jedynie odrażający odór ciągnął się jakby pasmem z południa na północ.
Kilkanaście kilometrów dalej w rowie leżała martwa kobieta, którą śmierć dopadła w drodze z przyjęcia do domu. Jej twarz zastygła w grymasie przerażenia, szeroko otwarte oczy wpatrywały się w padający śnieg.
