
Usiłując zobaczyć coś za poruszającymi się wycieraczkami, Dan ujrzał cztery ciemne, przerażające, lejkowate kształty wijące się po drugiej stronie wezbranej Missisipi, pył i odłamki unoszące się wszędzie tam, gdzie dotknęły ziemi. Wyglądały jak spiralne, wijące się węże przemieszczające się po ziemi, niszczące wszystko, czego dotknęły: budynki eksplodowały, drzewa wylatywały w powietrze z korzeniami, samochody fruwały jak suche liście, parki, osiedla mieszkaniowe, centra handlowe, wszystko zniszczone jednym uderzeniem bezlitosnego, bezmyślnego huraganu, rozniesione w strzępy całkowicie i bezlitośnie, jak uderzone pociskiem wroga.
Wrogiem jest Matka Natura, powtarzał Dan po cichu, tępo gapiąc się na nadciągające tornada. Nie mógł nic zrobić i doskonale o tym wiedział. Ich nie da się kupić, przekupić, oswoić pochlebstwem, posiąść, groźbą zmusić do posłuszeństwa. Po raz pierwszy od czasów dzieciństwa Daniel Hamilton Randolph czuł się całkowicie bezsilny.
Zamknął przepierzenie i przeszukał kieszenie w poszukiwaniu antyseptycznego spreju; helikopter zawrócił, lecąc w kierunku czegoś, co kiedyś było międzynarodowymi lotniskiem; było to ostatnie połączenie Memphis z resztą kraju. Powódź odcięła elektryczność, zniszczyła mosty, pokryła drogi warstwą brązowej, błotnistej wody. Większa część miasta pozostawała pod wodą od paru dni.
Potem przyszło trzęsienie ziemi. Solidna dziewiątka w skali Richtera, tak potężna, że zrównała z ziemią budynki od Nashvil-le do Little Rock, a na północy aż po St. Louis. Nowy Orlean był pod wodą od lat, bo podnoszący się poziom wód Zatoki Meksykańskiej zmienił linię brzegową od Florydy po Teksas. Missisipi przekroczyła poziom powodziowy w okolicach Cairo i nadal rosła.
A teraz, przy braku środków łączności, milionach bezdomnych w niekończącym się deszczu, wstrząsach wtórnych zdolnych obalić drapacze chmur, Dan Randolph szukał jedynej osoby, która coś dla niego znaczyła, jedynej kobiety, którą kiedykolwiek kochał.
