I to ją zabiło.

Czy powinienem ciągnąc to dalej? — zastanawiał się Dan. Jakie to ma znaczenie? Jaki sens? Chciał płakać, ale łzy nie nadeszły.

Dan Randolph zawsze wydawał się większy, niż był w rzeczywistości. Był solidnie zbudowanym mężczyzną wagi lekkośredniej, nadal w dobrej kondycji, choć teraz, po sześćdziesiątce, utrzymanie tego stanu wymagało wielu godzin ciężkiej pracy na siłowni. Jego włosy, kiedyś blond barwy piasku, były teraz całkiem siwe; jego pracownicy nazwali go za plecami „srebrnym lisem”. Miał twarz boksera, o mocno zarysowanej szczęce, z nosem rozpłaszczonym wiele lat temu w bójce, kiedy był robotnikiem budowlanym w kosmosie. Mimo olbrzymiego majątku, jaki od tych czasów zgromadził, nigdy nie poprawił chirurgicznie kształtu nosa. Niektórzy mówili, że to jakiś perwersyjny sposób na zgrywanie twardziela. Miał jasnoszare oczy, które często błyszczały z rozbawieniem, a stawały się puste i smutne, gdy spotykał się z ludzką głupotą.

Rozległ się brzęczyk, a z powierzchni biurka wyłonił się zgrabny ekran.

Dan przekręcił się w fotelu tak, by lepiej widzieć. Ujrzał młodą, poważną twarz swojej asystentki administracyjnej. Teresa pochodziła z Caracas, była wysoka, długonoga, o skórze barwy kakao ze śmietanką i ciemnobrązowych, migdałowych oczach. Parę lat wcześniej Dan pewnie próbowałby zaciągnąć ją do łóżka i ani chybi udałoby mu się. Teraz był zwyczajnie rozdrażniony tym, że przeszkadza mu we wspomnieniach.

— Już prawie pora obiadowa — rzekła.

— I co z tego?

— Martin Humphries czeka na pana przez cały dzień. Zack Freiberg chce, żeby pan się z nim spotkał.

Dan skrzywił się. Zack był pierwszym, który ostrzegał go przed zbliżającym się efektem cieplarnianym.

— Nie dziś, Tereso — odparł. — Nie chcę dziś widzieć się z nikim.

Młoda kobieta zawahała się przez sekundę, po czym spytała cicho, prawie nieśmiało:



6 из 328