Drzwi biura otwarły się z hukiem i wszedł wielki mężczyzna z radą brodą, niosąc pięknie rzeźbioną tacę z tekowego drewna wyładowaną parującymi naczyniami. W jego wielkich dłoniach taca wyglądała jak dziecinna zabawka.

— Teresa mówi, że musisz coś zjeść — oznajmił wysokim, przyjemnym tenorem, stawiając tacę na biurku Dana.

— Powiedziałem, że nie jestem głodny.

— Do diaska, nie możesz się głodzić. Zjedz coś.

Dan spojrzał na tacę. Parująca miska zupy, sałatka, danie główne ukryte pod pokrywą z nierdzewnej stali, dzbanek z kawą. Żadnego wina. Nic alkoholowego.

Odepchnął tacę w stronę rudobrodego olbrzyma.

— Zjedz to sam, George.

Przysuwając do biurka jedno z wyściełanych krzeseł, Wielki George spojrzał swojemu szefowi prosto w oczy i odepchnął tacę z powrotem do Randolpha.

— Jedz — odparł. — Dobrze ci to zrobi.

Dan spojrzał na George’a Ambrose’a. Znał Wielkiego George’a z czasów, gdy ten był uciekinierem na Księżycu, ukrywając się przed władzami Selene City razem z garstką innych niebieskich ptaków, którzy chcieli uchodzić za Księżycowe Podziemie. Wielki George był teraz osobistym ochroniarzem Dana; nosił zamiast połatanych kombinezonów szyte na miarę garnitury. Dalej wyglądał jednak na ledwie ucywilizowanego człowieka pogranicza: wielki, nieokrzesany typ, który chętnie wtłoczy ci głowę do klatki piersiowej, nie żywiąc nawet specjalnie nieprzyjaznych uczuć.

— Coś ci powiem — rzedł Dan, czując, jak usta wykrzywia mu niepewny uśmiech. — Podzielimy się.

George wyszczerzył się w odpowiedzi.

— Dobry pomysł, szefie.

Przez kilka minut jedli w milczeniu, George pożarł całe danie główne, które okazało się niewielką porcją żeberek. Dan siorb-nął parę łyżek zupy i przeżuł sałatkę.



8 из 328