
— Co studiowałeś?
— Literaturę.
— Niemiecką?
— A czy jest jakaś inna? — odparł, uśmiechając się niewyraźnie. — Mam nadzieję, że po odsłużeniu trzech lat puszczą mnie z powrotem na uniwersytet. Chcę być nauczycielem albo pisarzem, nie żołnierzem.
March przebiegł oczyma zeznanie.
— Jeśli jesteś takim pacyfistą, dlaczego w ogóle wstąpiłeś do SS? — zapytał, domyślając się odpowiedzi.
— Przez ojca. Był członkiem założycielem Leibstandarte Adolf Hitler. Wie pan, jak to jest; jestem jego jedynym synem. To było jego najgorętsze pragnienie.
— Musi ci być ciężko. Jost wzruszył ramionami.
— Jakoś przeżyję. Dowiedziałem się poza tym, oczywiście nieoficjalnie, że nie będę musiał iść na front. W szkole oficerskiej w Bad Tolz potrzebują asystenta, który poprowadziłby kurs na temat zdegenerowanej literatury amerykańskiej. To dziedzina, na której znam się całkiem nieźle: degeneracja. — Chłopak zaryzykował kolejny uśmiech. — Być może zostanę na tym polu prawdziwym ekspertem.
March roześmiał się i ponownie rzucił okiem na zeznanie. Coś się tutaj nie zgadzało i teraz odkrył co.
— Na pewno zostaniesz — powiedział, odkładając na bok kartkę i wstając z krzesła. — Mam nadzieję, że poprowadzisz ten kurs.
— Mogę już iść?
— Oczywiście.
Jost podniósł się z wyrazem ulgi na twarzy. March położył dłoń na klamce.
— Jeszcze tylko jeden drobiazg — powiedział. Odwrócił się i spojrzał prosto w oczy kadetowi. — Dlaczego mnie okłamujesz? Jost odchylił głowę do tyłu.
— Co…?
— Powiedziałeś, że wyszedłeś z koszar o piątej trzydzieści. Zadzwoniłeś na policję pięć po szóstej. Schwanenwerder jest trzy kilometry od koszar. Jesteś wysportowany; biegasz codziennie. Nigdzie się nie włóczyłeś: padał ulewny deszcz. Jeśli nagle nie okulałeś, musiałeś zjawić się przy jeziorze grubo przed szóstą. Mamy więc jakieś dwadzieścia minut, z których nie zdałeś relacji. Dwadzieścia na trzydzieści pięć. Co wtedy robiłeś, Jost?
