
Krause skończył rozmawiać przez telefon i zrobił minę, jakby miał się zamiar bronić.
— Już cię przeprosiłem, March.
— Zapomnij o tym. Potrzebna mi jest lista zaginionych. Obszar Wielkiego Berlina. Powiedzmy ostatnie czterdzieści godzin.
— Żaden problem. — Krause odetchnął z ulgą i obrócił się na krześle do skwaszonej kobiety. — Słyszałaś, co powiedział pan inspektor, Helgo. Sprawdź wszystko, co przyszło aż do teraz. — Odkręcił się z powrotem do Xaviera, z czerwonymi od niewyspania oczyma. — Powinienem skończyć dyżur godzinę temu. Ale wiesz, jak to jest, kiedy coś się dzieje.
March spojrzał na mapę Berlina. Większą część zajmowała szara pajęczyna ulic. Ale po lewej stronie jaśniały dwie kolorowe plamy: zielony Grunewald i biegnąca tuż obok błękitna wstęga Haweli. Blisko brzegu widać było skurczoną niczym płód niewielką wyspę, połączoną z lądem cienką pępowiną grobli.
Schwanenwerder.
— Czy Goebbels wciąż ma tam swój dom?
Krause kiwnął głową.
— I cała reszta.
Był to jeden z najbardziej ekskluzywnych adresów w Berlinie, praktycznie rzecz biorąc osiedle rządowe. Kilkadziesiąt dużych willi niewidocznych od strony drogi. Wartownik przy wjeździe na groblę. Wymarzone miejsce dla tych, którym zależy na intymności i bezpieczeństwie, a przy okazji chcą mieć pod bokiem las i własną prywatną przystań. Miejsce, w którym zdecydowanie nie powinno się wyławiać topielca. Ciało zostało wyrzucone na brzeg nie dalej jak trzysta metrów od grobli.
— Miejscowi gliniarze z Orpo nazywają Schwanenwerder „bażantarnią” — dodał Krause.
Xavier uśmiechnął się: „złotymi bażantami” nazywała ulica wysokich dygnitarzy partyjnych.
— Nie wolno pozwolić, żeby brud leżał zbyt długo przed takim progiem. Wróciła Helga.
