
— Oto osoby zaginione od niedzieli rano — oznajmiła. — I dotychczas nie odnalezione.
Wręczyła długi rulon wystukanych na maszynie nazwisk Krausemu, który rzucił nań okiem i przekazał Marchowi.
— Będziesz miał z tym kupę roboty. — Z jakiegoś powodu uznał to za zabawne. — Powinieneś dać to temu twojemu grubemu kumplowi, Jaegerowi. To on przecież miał się zająć całą sprawą, pamiętasz?
— Dziękuję. Zrobię przynajmniej coś na początek. Krause potrząsnął głową.
— Bierzesz dwa razy tyle godzin co inni. Nie dają ci żadnych awansów. Zarabiasz grosze. Jesteś nienormalny, czy co?
March zwinął rulon ze spisem zaginionych. Pochylił się do przodu i poklepał nim lekko Krausego po piersi.
— Zapominacie się, towarzyszu — powiedział. — Wiecie, jakie hasło wisi nad bramą obozów pracy? Arbeit macht frei.
Odwrócił się i przecisnął z powrotem między rzędami telefonistek.
— I to miał być żart? Widzisz chyba, o co mi chodzi? — usłyszał za sobą głos zwracającego się do sekretarki Krausego.
Kiedy March wrócił do gabinetu, Max Jaeger wieszał właśnie w kącie swój płaszcz.
— Zavi! — zawołał, otwierając szeroko ramiona. — Dostałem właśnie wiadomość z Centrum Operacyjnego. Naprawdę brak mi słów!
Miał na sobie mundur Sturmbannführera. Na czarnej kurtce wciąż widniały ślady śniadania.
— Zawsze miałem miękkie serce — odparł March. — A poza tym zbytnio się nie podniecaj. Przy zwłokach nie ma nic, co pozwoliłoby je zidentyfikować, a od niedzieli rano zaginęło w Berlinie sto osób. Parę godzin zajmie samo przejrzenie listy. A ja obiecałem, że to popołudnie spędzę razem z moim chłopakiem. Zostawiam ci wszystko na głowie.
Zapalił papierosa i przeszedł do szczegółów: opisał miejsce zdarzenia, wspomniał o amputowanej nodze topielca, napomknął o podejrzeniach w stosunku do Josta. Jaeger słuchał, pochrząkując od czasu do czasu.
