
Ratka prychnął z pogardą. Kadet SS wystraszył się jednego starego trupa. Nic dziwnego, że tak długo ciągnie się wojna na Uralu.
— Czy widziałeś jeszcze kogoś, Jost? — March przemawiał łagodnym tonem niczym dobry wujek.
— Nikogo, Herr Sturmbannführer. Przy obozowisku, pół kilometra stąd, jest budka telefoniczna. Zadzwoniłem stamtąd, a potem wróciłem i czekałem aż do przyjazdu policji. Na drodze nie było żywej duszy.
March ponownie rzucił okiem na topielca. Był bardzo gruby. Sto dziesięć kilo, może więcej.
— Wyciągnijcie go z wody — polecił, ruszając w stronę drogi. — Czas obudzić nasze śpiące królewny.
Przestępujący z nogi na nogę Ratka wykrzywił twarz w uśmiechu.
Deszcz wzmógł się i prawie nie było widać leżącego po drugiej stronie jeziora osiedla Kładów. Krople bębniły o liście drzew i dachy samochodów. W powietrzu unosił się ciężki, przesycony deszczem zapach rozkładu — woń urodzajnej ziemi i gnijącej roślinności. Włosy przylepiły się Xavierowi do głowy, za kołnierz spływała mu zimna woda. Wcale tego nie zauważał. Dla niego każda sprawa, choćby najbardziej zwyczajna, mogła stać się początkiem czegoś wielkiego.
Miał czterdzieści dwa lata — był szczupłym mężczyzną, z szarą czupryną i chłodnymi szarymi oczyma, nie różniącymi się kolorem od zachmurzonego nieba. Podczas wojny Ministerstwo Propagandy wymyśliło dla marynarzy z U-Bootów stosowne przezwisko — „szare wilki” — i w pewnym sensie pasowało ono do Marcha, ponieważ był nieustępliwym detektywem. Ale poza tym wcale nie przypominał wilka — nie lubił chodzić razem ze stadem i polegał bardziej na inteligencji niż na sile mięśni. Dlatego koledzy nazywali go „lisem”.
