
Z drugiej strony było w nim coś przerażającego.
Na początku poprosił, żeby zmyła makijaż i na krótkie platynowe włosy założyła rudą perukę. Nie sprzeciwiła się. Nie obchodziło ją, co go podnieca.
Rozpięła haftkę z przodu stanika i czerwona koronkowa bielizna zsu¬nęła się na podłogę.
Mężczyzna nawet nie drgnął. Cały czas pocierał palcami' paciorki tego cholernego różańca.
– Masz jakieś imię? – zapytała.
– Yhm.
– Nie powiesz mi?
– Mów do mnie: ojcze.
– Ojcze jak… do taty… czy – zerknęła na ciemne koraliki, które przesuwał w palcach – jak do księdza?
– Po prostu, ojcze.
– A może ojcze Johnie? – Chciała zażartować, ale mężczyzna nawet się nie uśmiechnął.
Spoważniała.
Pora skończyć z tym, wziąć forsę i pozbyć się go.
Ściągnęła majtki i usiadła na brzegu łóżka, tak, aby mógł ją dobrze widzieć.
Niektórych mężczyzn podniecało oglądanie rozbierającej się kobie¬ty. Byli tacy, którzy tylko patrzyli i nie dotykali jej, gdy pieściła sama siebie, ale ten typ był wyjątkowo zimny i pozbawiony emocji. Budził lęk. Dlaczego nie zdejmował okularów?
– Moglibyśmy się zabawić – zaproponowała, żeby przyspieszyć bieg spraw. Mijała godzina i jak na razie niewiele się wydarzyło. – Tylko ty i ja…
Nie odpowiedział, tylko wyciągnął rękę i rzucił studolarowy bank¬not na nocną szafkę. Głos Sinatry umilkł, kiedy ojciec John przełączył radio. Usłyszała When l Was Seventeen…, potem kilka piknięć, jakieś szczebiotanie i szumy, aż znalazł stację, której szukał – popularne pora¬dy kobiety psychologa. Kiedyś już tego słuchała. Cherie gapiła się na studolarówkę leżącą przy łóżku. Oczy Bena Franklina zostały zamalo¬wane na czarno flamastrem, jakby on też, jak mężczyzna w czarnych okularach, chciał ukryć swoją tożsamość.
