
– Dokąd idziemy? – zapytała.
– Donikąd. – Wyglądał na zaskoczonego jej pytaniem. – Po prostu chciałem trochę pobyć z tobą sam na sam. Masz coś przeciwko temu?
– Nic podobnego. – Angie uśmiechnęła się. Wolała jego otwartość i pewien brak ogłady od śliskiego czaru mężczyzn, których znała. – Wszystko gra.
Prowadził ją przez okazałe wnętrza domu – przepyszny wystrój, ciężkie gobeliny na ścianach. Ze wszystkich okien rozciągały się przepiękne widoki.
– Galeria przodków – powiedział, gdy weszli do sali zawieszonej portretami. – To Vincente. Mój ojciec. – Wskazał na pierwszy portret. – Dalej dziadek, pradziadek…
Zbyt wiele było twarzy, by przyjrzeć się wszystkim, ale uwagę Angie zwrócił zagubiony wśród innych niewielki portret.
Ukazywał mężczyznę w osiemnastowiecznym stroju, o twarzy ostrej, choć zmęczonej, i nieco podejrzliwym spojrzeniu.
– To Lodovico Martelli. Jakieś dziesięć pokoleń wstecz – wyjaśnił Bernardo.
– Ale to przecież ty! – Angie patrzyła zdumiona.
– Jest pewne podobieństwo – przyznał.
– Pewne? Skądże. To przecież kropka w kropkę ty. Jesteś prawdziwym Martelli.
– W pewnym sensie.
Nie drążyła tematu. W samą porę przypomniała sobie o pochodzeniu Bernarda. Wyszli na taras. Zapadł już zmrok i jedynie światła domu rozjaśniały aksamitną ciemność. Angie drżała. Pragnęła, by Bernardo ją pocałował. Ale on zrobił coś, co zupełnie ją zaskoczyło. Ujął jej dłoń i delikatnie dotknął nią swojego policzka.
– Chyba… – zaczął i wydawało się, że nie może dokończyć zdania.
– Tak?
– Chyba powinniśmy wracać. Okropny ze mnie gospodarz.
Gdyby chodziło o innego mężczyznę, Angie potrafiłaby użyć swego uroku, by po swojej myśli pokierować wydarzeniami. Ale nie z Bernardem.
– Chyba masz rację – powiedziała. – Powinniśmy wracać.
ROZDZIAŁ DRUGI
