
Sypialnia Bernarda znajdowała się nad pokojem panny młodej i jej przyjaciółki. Naraz przypomniał sobie Angie – strojącą sobie z niego żarty, na jakie nikomu by nie pozwolił, wnoszącą ciepło w jego twarde, pozbawione radości życie.
Wrażenie było tak silne, iż początkowo, gdy dobiegł do niego z dołu jej dźwięczny śmiech, sądził, że wyobraźnia płata mu figla. Nagle usłyszał:
– Psst! – A gdy spojrzał w dół, ujrzał ją, siedzącą na kamiennej krawędzi tarasu. Patrzyła na niego z szelmowskim uśmiechem.
Nigdy nie był lwem salonowym. Jego bracia umieliby się zachować w takiej sytuacji, ale on poczuł się, jakby przyłapano go na czymś niestosownym. W dodatku nie był kompletnie ubrany. W tej samej chwili zauważył refleks księżyca na jej nogach i rozrzucone włosy, jakby dopiero co wstała z łóżka. Był prawie pewien, że pod kusą tuniką jest naga. Poczucie przyzwoitości kazało mu zignorować tę myśl, była w końcu gościem rodziny. Nie mógł jednak zignorować jej figlarnego spojrzenia ani reakcji własnego ciała na myśl o jej nagości.
– Wszystko na odwrót! – zawołała do niego.
– Co jest na odwrót? – Nie zrozumiał, o co jej chodzi.
– To przecież Julia stoi na balkonie, a Romeo spogląda na nią z dołu.
Jej głos zabrzmiał w ciemności dźwięcznie i słodko. Bernardo mógł tylko patrzeć na nią bez słów.
– Nic nie powiesz? – Przechyliła głowę jak śliczny ptaszek.
– Tak, miałem zapytać, czy wstałaś podziwiać świt. Niedługo się zacznie.
– Musi być tu piękny.
– Jest piękny. Ale jeszcze piękniejszy jest wysoko w górach. Tam, gdzie mieszkam. – Przed następnym zdaniem Bernardo wziął głęboki oddech. – Cieszę się, że widzę cię teraz, bo wczesnym rankiem wracam do siebie.
– Ach tak.
Nuta rozczarowania, dźwięcząca w jej głosie, obezwładniła go. To, co powiedział, zaskoczyło jego samego.
