
– To jeden z moich najważniejszych życiowych obowiązków.
– Oszust.
Eve spojrzała na czarną skórzaną teczkę, którą trzymał w ręce Joe.
– Czy to coś dla mnie?
– Znaleźliśmy szkielet w lesie w North Gwinnett. Deszcz wypłukał ziemię, a potem dobrały się zwierzęta i niewiele zostało, ale czaszka jest nietknięta. To mała dziewczynka, Eve – dodał, otwierając teczkę.
Zawsze mówił jej od razu, kiedy chodziło o dziewczynkę. Pewno mu się wydawało, że ją w ten sposób chroni. Ostrożnie wzięła do ręki czaszkę.
– To nie jest mała dziewczynka. Miała jedenaście, może dwanaście lat. Przynajmniej przez jedną zimę leżała w ziemi – stwierdziła, wskazując na koronkowe pęknięcie górnej szczęki. – I prawdopodobnie była czarna – dodała, dotykając szerokiej jamy nosowej.
– To trochę pomoże, choć nie do końca. Będziesz musiała ją wyrzeźbić. Nie mamy pojęcia, kto to może być. Nie mamy zdjęcia do nałożenia. Czy wiesz, ile dziewcząt ucieka z domu w tym mieście? Jeśli pochodzi z ubogiej rodziny, to zapewne nikt nawet nie zgłosił, że zaginęła. Rodzice są bardziej zainteresowani zdobywaniem heroiny, niż zajmowaniem się… Przepraszam, zapomniałem. Zawsze coś palnę bez sensu.
– Ciągle to robisz.
– Przy tobie przestaję się pilnować.
– Czy to ma być komplement? – spytała Eve, przyglądając się czaszce ze zmarszczonymi brwiami. – Wiesz, że mama nie bierze od lat. Wstydzę się wielu rzeczy z mojego życia, ale nie tego, że się wychowałam pośród biedoty. Dzięki trudnemu dzieciństwu dałam sobie później radę.
– I tak byś sobie dała.
Eve nie była pewna. Bliska całkowitego załamania w pewnym momencie swego życia, nigdy już nie przyjmowała niczego za pewnik.
– Chcesz kawy? W slumsach pije się świetną kawę.
– Przecież przeprosiłem.
– Chciałam ci trochę dokuczyć – powiedziała z uśmiechem. – Zasłużyłeś na to. Kawy?
– Nie, muszę jechać do domu, do Dianę. Z tą czaszką się tak nie spieszy, skoro ponad rok leżała w ziemi. Nawet nie wiemy, kogo szukamy.
