
Ale w oczach dowództwa wykończyli się dopiero, kiedy przyszło do bitwy. Nie dlatego, żeby załamywali się w warunkach bojowych. Wręcz przeciwnie. Okręt aż drży i jęczy, zmieniając co parę sekund kurs; wszystkie irwingle, łupaczki, haubice atomowe rozgrzały się już do czerwoności od nieprzerwanego ognia; ochrypły głos w megafonie wydaje jeden po drugim rozkaz szybciej, niż ludzkie mięśnie mogą je wykonywać; ratownicy z twarzami wykrzywionymi od wysiłku biegają jak szaleni od jednego miejsca zagrożenia do drugiego; wszyscy wokoło zwijają się jak w ukropie, klną i głośno dziwią się, że Eoci jeszcze nie unieszkodliwili takiego wyraźnego i powolnego celu jak „Dżyngis-chan” — aż tu nagle patrzysz, jakiś gniotek ściska w gumowych dłoniach szczotkę i zamiata podłogę w ten swój przeraźliwie bezosobowy, kretyński niesamowity sposób…
Pamiętam, jak całe grupy żołnierzy wpadały w szał i rzucały się na nich z metalowymi drągami i czym popadło. Raz nawet pewien oficer, wracający pędem do kabiny nawigacyjnej, zatrzymał się, wyrwał z kabury pistolet i wygarnął kilka razy pod rząd do takiego sinego, który spokojnie pucował sobie luk, podczas gdy cały dziób okrętu stał w płomieniach. Potem, kiedy gniotek nic nie rozumiejąc, bez jednego jęku osunął się na ziemię, oficerek pochylił się nad nim powtarzając w kółko jak do nieposłusznego psa: „No, leżeć, leżeć, spokojnie, leżeć!”
To było właśnie powodem, że wreszcie frankensteinów wycofano z jednostek liniowych — nie ich mała przydatność, lecz niepokojący wzrost załamań psychicznych pośród żołnierzy, którzy mieli z nimi do czynienia. Gdyby nie to, może w końcu byśmy do nich i przywykli — mój Boże, do wszystkiego człowiek przywyka w warunkach bojowych. Tylko że w wypadku frankensteinów to było coś, z czym trudno się pogodzić nawet w warunkach bojowych. To, że byli oni tak przerażająco, tak makabrycznie niewzruszeni w obliczu ponownej śmierci!
