
Winda ruszyła i panienka zaczęła wywoływać piętra. Na brak emocji nie można się było uskarżać.
— Trzecie piętro, przyjmowanie i klasyfikacja zwłok — obwieszczała. — Piąte piętro, wstępna obróbka organów wewnętrznych. Siódme piętro, odtwarzanie mózgu i systemu nerwowego. Dziewiąte piętro, skóra, podstawowe refleksy mięśniowe…
W tym miejscu skoncentrowałem całą siłę woli, ażeby przestać słyszeć, tak samo jak człowiek koncentruje się, powiedzmy, na ciężkim krążowniku, kiedy w rufę trafi wiązka z eockiej łupaczki i rozpruje maszynownię. Jak człowiek przeżyje to parę. razy, to potem potrafi jakby wyłączyć strach i powiedzieć sobie: „Nie znałem nikogo w tej cholernej maszynowni, ani żywej duszy. Jeszcze parę chwil i znowu wszystko będzie pięknie, ładnie”. I za parę chwil wszystko jest znowu pięknie, ładnie. Tylko że potem najczęściej przydzielą człowieka do skrobania resztek ludzkich ze ścian rozbitej maszynowni albo do naprawiania rozwalonych silników.
Tak samo teraz. Ledwo odseparowałem się od głosu panienki, znaleźliśmy się na piętnastym piętrze (prezentacja i ekspedycja) i musieliśmy obaj z moim chłopaczkiem wysiadać.
Ależ on był zielony. Kolana się pod nim uginały, ramiona leciały do przodu, jakby miał wykrzywione obojczyki. Znowu poczułem dla niego wdzięczność. Nie może być nic lepszego w takich sytuacjach, jak mieć się kim opiekować.
— Chodźmy, kapitanie — szepnął. — Uszy do góry i śmiało. Trzeba na to popatrzeć od drugiej strony. Dla takich jak my to przecież właściwie rodzinne zebranko.
Nie powinienem był tego mówić. Spojrzał na mnie, jakbym ni z tego, ni z owego rąbnął go pięścią w nos.
— Dziękuję za przypomnienie, panie kapitanie — powiedział. — Mam nadzieję, że zakończymy to zebranko wspólnie.
I ruszył sztywno w kierunku wskazanym strzałką z napisem: RECEPCJA. O mało nie odgryzłem sobie języka. Pobiegłem za nim.
