
— Prosto i windą po lewej stronie na piętnaste piętro. Wciąż trzymając się pod ręce, weszliśmy głównym wejściem do budynku. Przed sobą mieliśmy długie schody, a u ich szczytu czerwono-czarny napis:
OŚRODEK REAKTYWIZACJI LUDZKIEJ PLAZMY
CENTRALNE ZAKŁADY PRZETWÓRCZE
TRZECIEGO OKRĘGU
Po hallu kręciło się kilku starszych, ale bardzo prosto trzymających się mężczyzn i rój niebrzydkich dziewcząt, wszyscy w mundurach. Z przyjemnością stwierdziłem, że większość dziewcząt jest w ciąży. Chyba pierwszy przyjemny widok od tygodnia.
Skierowaliśmy się na lewo do windy.
— Piętnaste — powiedziałem do obsługującej panienki.
Nacisnęła guzik i czekała, aż winda się zapełni. Nie wyglądała na ciężarną. „Co z nią?” — pomyślałem sobie.
Jakoś panowałem dotąd nad swoją podnieconą wyobraźnią, aż nagle wpadły mi w oko naszywki, jakie mieli na ramionach nasi współpasażerowie. Jakby mi kto w łeb dał! Okrągła czerwona łatka z czarnymi literkami ZSZ, a w to wpleciona biała czwórka. ZSZ to oczywiście symbol Ziemskich Sił Zbrojnych, używany również przez służby pomocnicze na tyłach. Ale dlaczego nie jedynka, tylko czwórka? Jedynka oznacza personel administracyjny, czwórka intendenturę. Tak, intendenturę!
Niezawodny jest ten ZSZ. Mają do swojej dyspozycji tysiące wykwalifikowanych propagandzistów, którzy nic innego nie robią, tylko łamią swoje naszpikowane mądrościami głowy, żeby jakoś podtrzymać morale załóg latających — i za każdym razem, kiedy przyjdzie co do czego, można się założyć, że wybiorą dla każdziuteńkiego drobiazgu najmniej stosowne, najniesmaczniejsze określenie.
Oczywiście trudno wymagać, ażeby po dwudziestu pięciu latach wojny międzyplanetarnej wszystko w świecie pozostało równie niezmienione, świeże i piękne. Ale na miłość boską, nie nazywajcie tego intendenturą, ludzie! Nie nazywajcie intendenturą — przetwórni odpadów. Starajcie się zachować przynajmniej pozory.
