
Steve, znajdź nas, uratuj…
Została popchnięta w lewo.
– Tędy… nie za szybko.
Linia numer 112. Na tablicy informacyjnej był jeszcze napis: „Mount Vernon – 8.10”. Pociąg musiał właśnie odjechać. Po co tu przyszli?
Po lewej stronie pochyła rampa biegła wzdłuż torów. Sharon ujrzała obdartą, starą kobietę, niosącą torbę na zakupy. Opatulona była w męską marynarkę, spod której wystawała obszarpana wełniana spódnica, na nogach miała opadające bawełniane pończochy. Kobieta przyglądała im się z ciekawością.
– Nie zatrzymuj się…
Przeszli wzdłuż rampy na peron. Ich kroki odbiły się metalicznym echem. Gwar rozmów ucichł, a ciepło, które panowało w hali głównej, ustąpiło fali zimnego i wilgotnego powietrza.
Peron był pusty.
– Teraz tutaj.
Przynaglającym ruchem skierował ją ku miejscu, gdzie koniec peronu przechodził w kolejną rampę. Gdzieś w pobliżu kapała woda, ciemne okulary utrudniały Sharon widzenie. Usłyszała rytmiczny warkot silnika… Jakaś pompa… pewnie pneumatyczna. Porywacz prowadzi ich na najniższy poziom dworca, głęboko pod ziemię. Co z nimi zrobi?
Obok głucho zadudnił pociąg, w pobliżu musiał być tunel.
Betonowa powierzchnia, po której szli, wciąż się obniżała. Korytarz robił się coraz szerszy. Znaleźli się w zamkniętej przestrzeni wielkości połowy boiska do futbolu. Na lewo, w odległości mniej więcej czterech metrów, zauważyła wąskie schodki.
– Tędy… szybciej. – Zaczęło brakować mu tchu. Oddychał ciężko i chrapliwie.
Sharon wspinała się po schodkach, uważnie licząc stopnie: dziesięć… jedenaście… dwanaście. Znalazła się na wąskiej platformie, naprzeciw metalowych drzwi.
– Przesuń się.
Poczuła za sobą jego ciężki oddech i odsunęła się na bok. Położył worek i obrzucił ją krótkim spojrzeniem. W przyćmionym świetle dostrzegła kropelki potu na jego czole. Wyjął klucz i włożył do zamka, przekręcił i drzwi ustąpiły ze zgrzytem.
