
– Ale przecież pan próbował… I ta pisarka, Sharon Martin. Jeśli ona nic nie wskórała zebranymi przez siebie podpisami znanych osób…
– Niech diabli wezmą tę Sharon Martin! – Bob Kurner kurczowo zacisnął pięści. – Niech diabli wezmą te ich niedźwiedzie przysługi! Przygotowujemy petycję, prawdziwą, podpisaną przez ludzi, którzy cię znają i wiedzą, że nie skrzywdziłbyś nikogo… I nagle wyskakuje ona i drze się na cały kraj, że oczywiście jesteś winny, ale nie powinieneś umierać. Ona po prostu uniemożliwiła gubernator uchylenie wyroku. Uniemożliwiła!
– Więc czemu pan traci czas? Skoro nie ma już szans, nie ma nadziei? Nie chcę już o tym rozmawiać.
– Musisz ze mną rozmawiać.
Bob zniżył głos i popatrzył chłopcu w oczy. Była w nich bezgraniczna szczerość i uczciwość. Przypomniał sobie siebie w wieku osiemnastu lat. Dziesięć lat temu był studentem drugiego roku w Villanova. Ron też miał zamiar iść do college’u… A zamiast tego pójdzie na krzesło elektryczne. Nawet dwa lata w więzieniu nie osłabiło jego mięśni. Wciąż trenował w swojej celi. Był taki zdyscyplinowany. Stracił jednak dziesięć kilogramów, a twarz miał białą jak kreda.
– Czekaj – mruknął Bob. – Na pewno jest coś, co przeoczyłem…
– Niczego pan nie przeoczył.
– Słuchaj, Ron, broniłem cię, ale zostałeś skazany, mimo że nie zabiłeś Niny Peterson. Musimy znaleźć chociaż ślad dowodu, jaki moglibyśmy przedstawić pani gubernator, jeden powód, by mogła odroczyć egzekucję. Mamy czterdzieści dwie godziny, tylko czterdzieści dwie.
– Ale przecież właśnie pan powiedział, że ona nie uchyli mojego wyroku.
Kurner pochylił się i wyłączył magnetofon.
– Ron, może nie powinienem ci tego mówić. Bóg wie, czy robię dobrze, ale słuchaj. Gdy posądzono cię o zabójstwo Niny Peterson, wiele osób myślało, że jesteś winny popełnienia dwóch innych niewyjaśnionych morderstw, wiesz przecież o tym?
