Nie mogło być dwóch takich samych, z takim samym obszyciem. Jej ciekawość sięgnęła zenitu. Wnikliwie przyjrzała się twarzy kobiety w płaszczu i zdziwiło ją, jak młoda i piękna była mimo ciemnych okularów i chustki na głowie. A mężczyzna, z którym szła, był… był kimś, kogo Lally ostatnio widywała w okolicach dworca. Staruszka zwróciła uwagę na drogie, skórzane obuwie kobiety. Buty, jakie noszą ludzie podróżujący do Connecticut. Zabawne zestawienie, pomyślała, znoszony płaszcz i te buty. Teraz, umierając już z ciekawości, przyglądała się, jak owa para przemierzała dworzec. Worek, który niósł mężczyzna, wydawał się dość ciężki. Gdy Lally zauważyła, że tamci kierują się w stronę peronu do Mount Vernon, poczuła się zaskoczona. Przecież w ciągu najbliższych trzydziestu minut nie odchodził stamtąd żaden pociąg. Dziwne, pomyślała. Po co w takim razie czekać na peronie? Jest zimno i wilgotno.

Wzruszyła ramionami. To zmieniało postać rzeczy. Nie może pójść do swojego pokoju, gdyż ci ludzie ją zapamiętają. Musi poczekać do jutra. Próbując zachować spokój, Lally skierowała się do hali głównej w poszukiwaniu Rosie.

14

– Mów, Ron, mów, do cholery.

Ciemnowłosy adwokat wcisnął guzik nagrywania. Magnetofon stał na stoliku pomiędzy dwoma siedzącymi na krzesłach młodymi mężczyznami.

– Nie. – Ron Thompson wstał, przeszedł nerwowo przez wąską celę i wyjrzał przez zakratowane okno. – Nawet śnieg jest tu brudny – powiedział. – Brudny, szary i zimny. Czy chce pan to nagrać?

– Nie, nie chcę. – Teraz Bob Kurner wstał i położył dłonie na ramionach chłopaka. – Proszę cię, Ron.

– Co ja z tego będę miał? Co będę miał? – Usta osiemnastolatka nerwowo zadrgały. Po chwili przygryzł wargi i przetarł oczy. – Wiem, że zrobił pan wszystko, co było można. Wiem, że pan się starał. Lecz w tej sprawie nikt nie potrafi mi pomóc.

– Możesz dać pani gubernator powód do skorzystania z prawa łaski albo chociaż do odroczenia wyroku.



47 из 191