
Neil zakrztusił się i zaczął kaszleć. Porywacz odwrócił się od zlewu. Sharon zauważyła, że gdy zbliżył się i podawał jej kubek z wodą, drżały mu ręce. Głośny kaszel musiał go zaniepokoić.
– Zrób coś, żeby przestał – nakazał.
Sharon przytrzymała kubek przy ustach chłopca.
– Neil, napij się – powiedziała łagodnie. – Nie… powoli, Neil… A teraz oprzyj się.
Mały dopił resztę wody i westchnął. Czuła, że jego drobne ciało trochę się rozluźnia.
Porywacz pochylił się nad nią.
– Jesteś bardzo wrażliwa, Sharon – powiedział. – To dlatego się w tobie zakochałem. Bo ty się mnie nie boisz, prawda?
– Nie… Oczywiście, że nie. Wiem, że nie chcesz nas skrzywdzić. – Ton jej głosu był swobodny jak w zwykłej rozmowie. – Ale dlaczego nas tu przyprowadziłeś?
Nie odpowiadając, podszedł do czarnej walizki, uniósł ją ostrożnie i postawił niedaleko drzwi. Stojąc nad nią okrakiem, otworzył wieko.
– Co w niej jest? – spytała Sharon.
– Coś, co muszę uruchomić, zanim wyjdę.
– Gdzie masz zamiar pójść?
– Nie zadawaj tylu pytań, Sharon – upomniał ją.
Patrzyła, jak przebiera palcami w zawartości walizki. Te palce żyły teraz własnym życiem, ze znawstwem radząc sobie z przewodami i materiałem wybuchowym.
– Nie mogę rozmawiać, kiedy się tym zajmuję. Z nitrogliceryną trzeba uważać… Nawet ja muszę uważać – dodał po chwili.
Sharon mocniej objęła Neila. Ten nienormalny człowiek manipulował środkami wybuchowymi kilka kroków od nich! Jeśli popełni jakiś błąd… jeśli coś popłacze! Przypomniała sobie kamienicę w Greenwich Village, która wyleciała wtedy w powietrze.
