
Tuż przed wejściem do łóżka podszedł do okna. Nawet przy takiej pogodzie oboje lubili powiew świeżego, nocnego powietrza w pokoju. Odruchowo spojrzał na oświetlony dom Petersona. Przez gęsty śnieg widać było samochody zaparkowane na podjeździe.
Glenda weszła do sypialni, niosąc filiżankę.
– Roger, na co tak patrzysz? – zapytała. Odwrócił się z niepewną miną.
– Na nic. Ale nie musisz się już martwić o wyłączone światła u Steve’a. Jego dom błyszczy teraz jak choinka.
– Pewnie mają gości. Dzięki Bogu, że my dziś wieczorem nigdzie nie wychodzimy. – Postawiła filiżankę na jego nocnym stoliku i zdjęła szlafrok. – Och, jestem zmęczona. – Położyła się i zastygła w bezruchu.
– Boli? – spytał zaniepokojony Roger.
– Tak.
– Leż spokojnie. Podam ci pigułkę.
Próbując powstrzymać drżenie palców, sięgnął po stojącą zawsze pod ręką buteleczkę z tabletkami nitrogliceryny i podał ją Glendzie. Patrzył, jak żona wkłada jedną pod język. Po chwili westchnęła z ulgą i powiedziała:
– Naprawdę bardzo bolało. Ale już wszystko w porządku.
Zadzwonił telefon. Roger ze złością sięgnął po słuchawkę.
– Jeśli to do ciebie, powiem, że śpisz – wymruczał. – Niektórzy ludzie… – Podniósł słuchawkę. Jego „tak” było oschłe.
Nagle głos mu się zmienił.
– Steve… Czy coś się stało? Nie. Nie, nic. Oczywiście. O mój Boże! Zaraz tam będę.
Odłożył słuchawkę i widząc pytające spojrzenie Glendy, ujął jej dłonie.
– Coś się stało u Petersonów – powiedział ostrożnie. – Nie ma Neila… ani Sharon. Idę tam, ale wrócę najszybciej, jak będę mógł.
– Roger…
– Proszę cię, Glendo, zrób to dla mnie, nie denerwuj się. Proszę cię!
Włożył gruby sweter i spodnie na piżamę, stopy wsunął w mokasyny. Zamykając drzwi wejściowe, usłyszał, że telefon znów dzwoni. Wiedząc, że Glenda go odbierze, wybiegł z domu. Przeciął na ukos trawnik i wbiegł na podjazd sąsiadów.
