
To potrwa z dzień, pomyślał, idąc żwawym krokiem, może dwa. Ciepłe powietrze odświeży Południe i wszyscy szybko zapomnimy o zimnie.
Matthew Cowart był człowiekiem, który w niefrasobliwy sposób podchodził do życia.
Okoliczności i pech pozbawiły go wielu doświadczeń zbliżającego się średniego wieku; zwykły rozwód odsunął go od żony i dziecka, śmierć zabrała rodziców; przyjaciele poddali się innemu rodzajowi bytu, określonemu przez rozwijające się kariery, czeredy małych dzieci, raty za samochody i spłaty domów. Przez jakiś czas niektórzy usiłowali zapraszać go na imprezy i przyjęcia, jednak wraz z narastaniem samotności, w której najwyraźniej znajdował zadowolenie, zaproszenia te stawały się coraz rzadsze, aż w końcu ustały. Jego życie towarzyskie ograniczyło się do jakiegoś bankietu biurowego raz na jakiś czas i do pogawędek w sklepie. Nie miał kochanki i fakt ten wprawiał go w lekkie zakłopotanie. Mieszkał we własnym, skromnym mieszkaniu, w potężnym wieżowcu nad zatoką, zbudowanym w latach pięćdziesiątych. Wstawił stare meble, regały wypełnione powieściami kryminalnymi i aktami prawdziwych zbrodni, uzupełnił to wszystko pospolitymi naczyniami, a na ścianach powiesił kilka nie wbijających się w pamięć, oprawionych reprodukcji.
Czasami wydawało mu się, że od chwili gdy żona zabrała ich córkę, jego życie pozbawione zostało kolorów. Jego potrzeby zaspokajały ćwiczenia gimnastyczne – obowiązkowe dziesięć kilometrów biegu dziennie przez śródmiejski park i, od czasu do czasu, mecz koszykówki w YMCA; oraz praca w gazecie. Czuł się niezwykle wolny, ale jednocześnie martwiło go w jakiś sposób, że nikomu nic nie jest winien.
