Wiatr wciąż dął silnie, szarpiąc i wydymając trzy flagi przed głównym wejściem do „The Miami Journal”. Zatrzymał się na chwilę i spojrzał na pozbawiony uczuć żółty prostokątny budynek. Na jednej ze ścian ogromnymi, czerwonymi, neonowymi literami wypisana była nazwa gazety. Było to znane miejsce, sławne z powodu swej drapieżności i potęgi. Z drugiej strony biuro wychodziło na zatokę. Widać było wzburzoną wodę, która rozpryskiwała się o nabrzeże, gdzie wyładowywano ogromne bele gazet. Kiedyś, gdy siedział sam w stołówce i jadł kanapkę, zauważył brykającą w jasnobłękitnej wodzie, nie dalej niż dziesięć metrów od doku załadunkowego, rodzinę manatów. Ich brunatne grzbiety wyłaniały się ponad powierzchnię i zanurzały z powrotem pod falami. Rozejrzał się, żeby podzielić się z kimś swoim odkryciem, ale nikogo nie było i kolejnych kilka dni spędzał w porze lunchu nie odrywając oczu od falującej niebieskozielonej tafli, w nadziei powtórnego zauważenia zwierząt. To właśnie podobało mu się na Florydzie. Ten stan wydawał się wyrwany jakiejś dżungli, która bez przerwy zagrażała przejęciem wszelkiej cywilizacji i włączeniem jej do swej pierwotnej enklawy. W gazecie ciągle ukazywały się wzmianki o czterometrowych aligatorach, które utknęły na wjeździe na międzystanową autostradę i zablokowały ruch. Uwielbiał te historie: bestia z zamierzchłych czasów w konfrontacji z bestią współczesną.

Cowart wszedł szybko przez podwójne drzwi, które prowadziły do sali redakcyjnej „Journala”, machając po drodze ręką do recepcjonistki skrytej częściowo za konsolą telefoniczną. Obok wejścia znajdowała się ściana poświęcona tablicom pamiątkowym, dyplomom i nagrodom: parada Pulitzerów, Kennedych, Cabotów, Pylesów i innych, o niezwykle światowych nazwiskach.



3 из 563